Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 grudnia 2011

Koncert Edyty Górniak w ramach imprezy "Mamy maj" w Szczecinie.

Postanowiłam trochę powspominać i sprawdzić kondycję mojej pamięci.
Dnia 21 maja 2011 w ramach imprezy Radia Zet „Mamy maj” na Jasnych Błoniach w Szczecinie odbył się koncert Edyty Górniak.
Któż nie słyszał już o gwiazdorskim zachowaniu naszej Edzi, jej humorkach i wymaganiach? (łapki w górę). Ja słyszałam, nic więc dziwnego, że na koncert szłam z nastawieniem „ciekawe jakie fochy gwiazdunia dziś pokaże?”. Edziowe humorki tak szczegółowo opisane na różnych portalach plotkarskich i w różnych kolorowych pismach zdecydowanie nie sprzyjają pozytywnemu nastawieniu kiedy człowiek wybiera się na koncert takiej gwiazdy. Ale za to dzięki temu większe jest zaskoczenie i znacznie większy pozytywny szok.
Zaczęło się od Edziowatego infantylnego zawołania: :"Witajcie Szczecinianie! Jejku, jak się cieszę że jestem w Szczecinie hihi" (w tym miejscu Edziowy chichot). „O retyyyy – pomyślałam – co ja tu robię?” Ale wystarczyła pierwsza piosenka „Jestem kobietą”, genialny wstęp, gitarka, światła, Edyta wchodzi w reflektor i zaczyna śpiewać… a człowiek zapomina przez chwilę o całym świecie. Na scenie minimum – tylko Edyta i muzycy potrzebni do wykonania danego utworu. Wspaniałe wykonanie znanej chyba wszystkim piosenki. Nagle jakieś zamieszanie na scenie, wchodzi organizator imprezy i mówi coś Edycie na ucho, Edyta poruszona podchodzi do brzegu sceny i mówi „Słuchajcie moi mili, stało się coś nieoczekiwanego, zgubił się mały chłopczyk” – nagle chłopczyk prowadzony przez organizatora wchodzi na scenę, Edyta bierze go na ręce i prosi aby się przedstawił. Chłopczyk jest cały zapłakany, wzrusza się sama Edyta, wzruszam się i ja, ale gdy rozglądam się wokół to widzę, że nie jestem z tym sama – ludzie wycierają ukradkiem oczy. Rodzice chłopca znajdują się, można kontynuować koncert.
I wtedy Edyta wciąż poruszona zamieszaniem z zagubionym chłopcem zaczyna mówić o swoim synku Allanku – i zapewne mi nie uwierzycie, ale to naprawdę mądra i wrażliwa kobieta, od razu czuć, że bardzo kocha swojego synka. Dużo uwagi poświęca również swoim fanom. „Zawsze kiedy wyjeżdżam tłumaczę swojemu synkowi, że mam w życiu dwie miłości. Moi fani to moja pierwsza miłość, więc kiedy jadę na koncert mówię mu, że jadę do swojej jednej miłości, a potem wracam do domu do niego, do drugiej miłości i on musi to zrozumieć, bo bez żadnej z tych miłości nie potrafię żyć. Kiedy jestem na koncertach brakuje mi mojego synka, a kiedy jestem w domu brakuje mi moich fanów”. Tak naprawdę to przed każdą piosenką było dużo mówienia, raz Edyta mnie wzruszała, innym razem szczerze bawiła.
A tak, pewnie nie spodziewaliście się, że kapryśna gwiazdka ma również poczucie humoru? Otóż ma :-) W pewnym momencie zaprosiła na scenę fana, wybrała takiego, który trzymał nad głową kartonik z napisem, Edzia wywołując go mówi: ”Co tam masz napisane na tej karteczce, bo nie widzę? PAULLA? Żarcik taki :-)” Fan wszedł na scenę a Edyta: „No pokaż pokaż co tam masz naprawdę napisane” i sama czyta „Edzia kocham cię” – mina zawstydzonej Edzi po przeczytaniu tych słów nie do opisania :-)
A czy uwierzycie jak wam napiszę, że Edyta ma również dystans do siebie? Pewnie też nie… Przed jedną z piosenek Edyta opowiadała o Alanie jak to chce teraz zostać piłkarzem i mama musi chodzić na jego mecze, aby dopingować syna. Całość na końcu skomentowała ze śmiechem: „Ja wiedziałam, że ten hymn to będzie się za mną ciągnął do końca życia”. Dlatego też co chwila wybuchałam śmiechem, tylko po to aby znów za chwilę mieć mokre oczy, Edyta bawiła i wzruszała na przemian, no w końcu ‘jestem kobieta, wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie”.
Przyznam wam się, że Edyta oczarowała mnie – swoim głosem, wykonaniem piosenek, swoim naturalnym i spontanicznym zachowaniem. Owszem, chwilami jest koszmarnie infantylna i pewnie dla niektórych jest to irytujące, ale ja jej to wybaczam, przymykam oko, bo jest to w niej jak najbardziej naturalne, taka po prostu jest i tego nie kryje. Szkoda, że ludzie często źle oceniają Edytę, naczytają się tych kolorowych magazynów, które potrafią pisać o Edzi tylko w jeden sposób – ten zły i nieprzychylny – podejrzewam, że każda historia o niej jest wyolbrzymiona i ubarwiona do maksimum, a to co dobre jest omijane szerokim łukiem. I w taki sposób w głowach ludzi tworzy się negatywny wizerunek kapryśnej gwiazdy Edyty Górniak. Ja na szczęście lubię sama się przekonać na własnej skórze, dałam Edzi szansę i oczywiście nie żałuję, to świetna babka, która jest ciepła, wrażliwa i spontaniczna, a poza tym ma świetny kontakt ze swoimi fanami, widać, że ma do nich ogromny szacunek i dba o nich.
Trzymam kciuki za Edzię, aby w końcu nagrała ten długo wyczekiwany nowy album i czekam z niecierpliwością na trasę koncertową – na pewno jeszcze się wybiorę na koncert nie raz.

Niestety, nie miałam z sobą aparatu, zdjęcie więc zapożyczyłam ze strony www.echo.szczecin.pl zresztą jest opisane.

piątek, 30 września 2011

Koncert Ani Wyszkoni - relacja z Koszalina Amfiteatr dn. 28.05.2011.

Do tej pory byłam na solowych koncertach Ani trzy razy: w Międzyzdrojach, Koszalinie i Dziwnowie. Ten środkowy koncert koszaliński wspominam jednak najlepiej, dlatego to właśnie jego relację postanowiłam zamieścić, mimo, że w Dziwnowie było już kilka zauważalnych, bardzo ciekawych zmian, a i teraz w momencie przewagi koncertów halowych nad plenerowymi nastąpiło kilka istotnych zmian repertuarowych.
Tak naprawdę wtedy w dzień koncertu nie miałam zbyt pozytywnego nastawienia na zabawę, byłam na nogach od rana, ciągle w podróży, w Koszalinie 3h przed koncertem, trzeba było podjechać do CH pozwiedzać sklepy (nieudane zakupy, więc dół), szybki obiad w McDonaldsie i dużo dużo kawy, potem Amfiteatr :-)
Ludzie zbierali się dość wolno, wydawało się, że Amfiteatr będzie zapełniony może w połowie, jednak kiedy po 20tej obejrzałam się do tyłu to buzia sama mi się otworzyła ze zdziwienia, tyle zobaczyłam ludu. Ludzie zaczęli się zbierać pod samą sceną, więc i ja do nich dołączyłam :-) Aleeeeeeeee blisko, powoli humorek wracał :-)
No i zaczęło się. "Graj chłopaku graj" - uwielbiam ten moment, gdy w rytm muzyki spada Ani kurtyna no i Ania w koronkowej czarnej sukience i te wspaniałe wysokie buty.
 Zaczęło się, ufff i nie wiem jakimi słowami opisać to co działo się później, Ania mówiła ostatnio w wywiadzie, że w pierwszych momentach koncertu już widać jaka jest publiczność i można stwierdzić jaki będzie koncert i tu rzeczywiście się to sprawdziło. Publiczność była wspaniała - ludzie tańczyli, bujali się, śpiewali z Anią, machali, klaskali, piszczeli, krzyczeli, wstawali, siadali, wiwatowali - publika była fantastyczna.
Oj tam, wszyscy byli fantastyczni - Ania wesoła, uśmiechnięta, Wojtek Klich szalony, dziewczyny w chórkach wariowały i tańczyły, wszyscy ze sceny zarażali energią i siłą, więc i ja szybko jej nabrałam :-)
Uwielbiam szalony taniec Ani przy "Bad romance", jej wywijasy przy "Puste słowa", to jak przeżywa podczas śpiewania "Fallin'", istne wariactwo przy "Raz raz raz dwa" i moc jaka towarzyszy "Sweet dreams".
Podczas piosenki "Pan i Pani" Ania zeszła ze sceny i zaczęła wspinać się po schodach Amfiteatru do ludzi siedzących w dalszych sektorach, ludzie skupiali się wokół niej i oczywiście śpiewali razem z nią. Ania zaskoczyła mnie tym, ale chyba najbardziej ludzi siedzących tak daleko, którzy nie spodziewali się nagle Ani tak blisko.
Potem Ania wróciła na scenę i zdjęła buty na brzegu sceny. W tym czasie 2 chłopaków (z tego co zauważyłam były %) zaczęło przedzierać się przez tłum krzycząc "My z obsługi idziemy po buty Ani Wyszkoni, proszę nas przepuścić!" Chwilę później nastąpiła "kradzież" buta Ani :-) Ania zauważyła to i podeszła do brzegu sceny chcąc odzyskać zgubę, jednak chłopak był nieubłagany i nie chciał oddać Ani buta! Ania odsunęła mikrofon i powiedziała z uśmiechem "Oddawaj" ale to też nic nie dało :-) (kurcze uśmiech Ani i nic nie dało - człowiek musiał chyba być z kamienia!) Chłopak chciał po prostu zrobić z Ani swojego Kopciuszka i nałożyć jej bucika własnoręcznie :-) Zawstydzona mina Ani - bezcenna :-)
Ania dwa razy mnie wzruszyła (przed Fallin i przy końcówce koncertu, gdy tak trudno było jej zejść ze sceny), wiele razy bawiła wraz z całym zespołem (w szczególności ukłony w stronę Wojciecha Klicha), a publiczność nie zawiodła.
No i była "Amelia", bardzo lubię ten najweselszy utwór na płycie, przy Amelii koncertowej świetnie się skacze i wariuje. Na szczęście nie było "Piosenki z plakatu".
Cieszę się, że byłam wcześniej na koncercie w Międzyzdrojach, bo mam porównanie - i mimo, że są na tych koncertach wspólne elementy to różna była energia, tą w Międzyzdrojach w miarę umiałam ubrać w słowa, tą w Koszalinie nie potrafię... Cieszę się również, że później miałam przyjemność być na koncercie w Dziwnowie, który miał z kolei swój klimat – deszczowy, a podczas występu Ania udowodniła, że nie jest typową gwiazdeczką i bawiła się razem z nami skacząc po deszczu i tańcząc w deszczu.
Na koncertach Ani jest świetna zabawa, Ania rewelacyjnie wygląda, dużo się uśmiecha, przeżywa muzykę, fantastycznie się rusza. Jeśli w niedługim czasie w twoim mieście odbędzie się koncert Ani Wyszkoni to się nawet nie zastanawiaj, bo jej koncerty to zawsze dużo zabawy, śmiechu i wzruszeń, a i po koncercie Ania zawsze czeka do ostatniego fana, rozdaje autografy i z cierpliwym uśmiechem pozuje do zdjęć.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Koncert Zakopower - relacja z Mielna dn. 13.08.11.

Zacznę przewrotnie – właśnie skończyłam pisać relację z koncertu i napiszę wam jedno – jest ona dla wytrwałych, kiedy przysiadałam do niej chciałam napisać zaledwie kilka spostrzeżeń, trochę moich odczuć i namiastkę naszych koncertowych przygód. Ale kiedy teraz skończyłam i widzę, że zajmuje ona 2 strony w Wordzie stwierdzam, że relacja jest dla prawdziwych wariatów :-) Pozdrawiam zatem wszystkich Wariatów!
Gdy wróciłam do domu w środku nocy z koncertu Zakopowera w Mielnie i myślałam o pisaniu relacji to w głowie miałam zaledwie trzy zdania dotyczące koncertu, reszta to przeżycia i przygody w trasie. Jednak trochę ochłonęłam, przespałam kilka nocy i mogę w końcu na spokojnie pozbierać myśli i podzielić się z wami moimi wrażeniami. Ten koncert zamykał mały maratonik koncertowy, który zafundowałam sobie w trakcie tygodnia. Każdy koncert, który widziałam w tygodniu był całkiem inny, inne uczucia i inne emocje. To, co na pewno wyróżniało koncert Zakopowera to fakt, że... nie padało!
Mielno było najdalej. Ja + załoga wyruszyłyśmy trochę wcześniej, tak, aby być na miejscu przynajmniej godzinę przed czasem, zająć miejsce przy barierkach i rozgrzać się przed koncertem. Niestety, nie wzięłyśmy pod uwagę jednej rzeczy – korków, w których stałyśmy ponad godzinę i aby była jasność korek zaczął się przy samym wjeździe do Mielna. Na początku patrzyłyśmy ze spokojem jak mijają nas rowerzyści, spacerowicze i motorzyści, jednak gdy dochodziła godzina planowego rozpoczęcia koncertu zaczęłyśmy się trochę stresować. Zmęczone jazdą, korkami i szukaniem miejsca do zaparkowania w końcu wysiadłyśmy z samochodu i już spóźnione pognałyśmy na Stadion Sportowy gdzie miał odbyć się występ Zako w ramach imprezy Radia Zet Lato z Radiem.
Na szczęście impreza również była trochę spóźniona, trwały konkursy i rozgrzewanie publiczności przed koncertem. Wtopiłyśmy się w tłum, oczywiście o upragnionych miejscówkach przy barierkach mogłyśmy zapomnieć, w zasadzie dość szybko okazało się, że tłum jest tak ściśnięty, że dalej nie ma sensu brnąć. Zajęłyśmy dość odległe miejsce, ale takie, aby móc podnieść w górę łapki i mieć przestrzeń na podskoki i poruszanie bioderkami :-) Ledwie zdołałyśmy się usadowić, a spiker już zapowiadał koncert Zakopower (z pewnym drobnym błędem, sugerując, że Sebastian porzucił studia i marzenia architektoniczne dla muzyki, ale wspominając FC, który podobno bombarduje podczas koncertów barierki i ściąga buty – SZOK ;-)).
I zaczęło się, pierwsze rytmy „Zbuntowanego Anioła”, lekko, rytmicznie i nagle wrzaski, piski i choć ciężko było mi dojrzeć scenę (małe kaczątka tak mają) to od razu domyśliłam się, że na scenie pojawił się Sebastian. Nagle przede mną wystrzeliły w górę aparaty i chwilę potem byłam za nie wdzięczna, bo to na tych malutkich ekranikach oglądałam początek koncertu :-) To, co mi się nie podobało to fakt, że wizualizacje Majoneza towarzyszące koncertowi wyświetlane były na telebimie z boku sceny, zdecydowanie wolę, gdy ekran ustawiony jest w głębi sceny za plecami muzyków, te wizualizacje są dopełnieniem wrażeń i przeżyć, świetnie współgrają z muzyką i tym, co dzieje się na scenie. Niestety, kiedy telebim ustawiony był z boku nie wiedziałam na czym skupić swoją uwagę i w zasadzie w pewnym momencie te migające obrazy z boku zaczęły mnie irytować i przeszkadzały mi w skupieniu się na muzykach i tym, co przekazują. „Zbuntowanego Anioła” brakuje na liście moich ulubionych zakoutworów, więc posłużył mi do tego, aby się spokojnie usadowić, przyzwyczaić oczy, uszy i głos :) A potem to przeciągane góralskie typowo Sebastianowe „Dobryy wieczórrr państwuuuu” i uparcie przedstawiana piosenka „Tak że tak” jako „Love you” – utwór wypadł zdecydowanie lepiej niż wtedy, gdy słyszałam go ostatnio na żywo, a już to energiczne „I mów tak do mnie mów tak do mnie mów tak do mnie do mnie mów” od razu porywa do podskoków. Po „Tak że tak” musiało być „Nie bo nie” – to połączenie tych dwóch piosenek jest wspaniałe – najpierw moc i energia, a zaraz potem moc i dreszcze.
 Kolejności utworów niestety nie pamiętam – w końcu byłam tam, aby się bawić a nie kodować w głowie kolejność wykonywanych piosenek. Było oczywiście „Boso” i to wtedy publiczność tak naprawdę po raz pierwszy poderwała się z miejsc i zaczęła się prawdziwa zabawa. Ja z całą załogą krok po kroczku posuwałyśmy się do przodu, aż w końcu zajęłyśmy naprawdę dobre miejsca widokowe i do tego przestrzeni było jeszcze tyle, że można była lekko podskakiwać. „Boso” koncertowe znacznie różni się od tego radiowego dobrze znanego przeboju, ale biorąc pod uwagę fakt, że w radio „Boso” stało się już dla mnie  męczące i jestem na dobrej drodze, aby płytkę Zako odpalać od numeru 2, to wykonanie koncertowe było wspaniałym odetchnięciem – podkład reggae to świetny pomysł w tej piosence. Potem był „Kac” poprzedzony wspaniałymi popisami praktycznie wszystkich muzyków i zakończony popisem Sebastiana – te jego improwizowane wstawki wokalne są genialne – czy Sebastian zna jakieś nieznane nam wszystkim języki? (Bo Doda i jej elficki może się schować :-))
Potem „Galop” i oczywiście fantastyczna pobudka publiczności w postaci fontanny wody wylanej na nasze głowy z butelki i Sebastianowe „Nie spać”. Publiczność posłusznie się obudziła, zaczęło się wspólne śpiewanie (muszę przyznać że i-ja-i-ja-i-jej wychodzi nam rewelacyjnie) i skakanie. I dla odetchnięcia „Dziewczyna o perłowych włosach” – to chyba najbardziej emocjonalny utwór na koncercie, a w wykonaniu Zako jest nie do zapomnienia, pewnie każdy, kto miał okazję usłyszeć ten utwór na żywo nigdy tego nie zapomni – ta piosenka jest stworzona chyba dla nich a nie dla zespołu Omega :-) To taki moment na koncercie gdy można odpocząć, stanąć w miejscu (zamurowanym) i delektować się pięknem muzyki – jak dla mnie niebanalne i wzruszające wykonanie. No i przy tym utworze wspaniały popis Tomasza Krawczyka, który był chyba najjaśniejszą gwiazdą tego koncertu – ludzie wielokrotnie wiwatowali na jego cześć i bili mu brawa.
Dalej byli „Udomowieni” – rockowa i mocniejsza wersja, ale ludzie i przy niej dobrze się bawili, znali słowa i śpiewali z zespołem. Było „Kiebyś ty” z długim wstępem, ponieważ Sebastiana trzeba było wesprzeć dodatkowymi skrzypcami, w jego instrumencie zerwała się prawdopodobnie struna. W czasie gdy Sebastian nastrajał i ćwiczył na „pożyczonych” skrzypcach pozostali członkowie zespołu oczywiście improwizowali. Początek „Kiebyś ty” i znów brawa ludzi, którzy doskonale pamiętają pierwszą piosenkę Zako, która podbiła ich serca. Aj, no i jak mogłam zapomnieć – gdzieś tam pomiędzy tymi utworami była jedna z moich ulubionych „Siadoj z nami”, która zawsze porywa mnie do zabawy i szaleństwa.
To co uwielbiam w koncertach Zako to fakt, że nie jest on sztuką teatralną z wyuczonymi rolami i tekstami do odczytania, odśpiewania. Ich każdy koncert to coś innego i nowego, coś świeżego. Podczas każdego koncertu potrafią zaskoczyć publiczność i pewnie samych siebie również. A co najważniejsze – muzyka to ich pasja, grają z prawdziwą przyjemnością, występy na żywo to ich żywioł – i każdy wrażliwy odbiorca na pewno to doceni.
W Mielnie było dużo improwizacji, zaskoczeń, fantastyczne taneczne układy (a co, wywijasy zbójnickie są najlepsze :-) ), było dużo śmiechu i też trochę wzruszeń. Ich muzyka jest teraz mniej góralska, jakby szła w kierunku mocniejszym, jest więcej gitary, perkusji, a mniej trąbki, aranże niektórych, a właściwie to wszystkich piosenek są pozmieniane i wtłoczone w ten rockowy klimat (kto wie, może za rok Woodstock? ;-) Muzycznie na pewno popisał się jak już wspomniałam Tomasz Krawczyk, ale również Łukasz Moskal i sam Sebastian, bo to, co on wyczynia ze swoimi skrzypcami to przechodzi czasem najśmielsze wyobrażenia, to co wyczynia ze swoim głosem też chwilami potrafi zamurować.
Na koncercie był oczywiście bis i wywoływane przez publiczność „Boso”. Boso jednak mogło zabrzmieć pod jednym warunkiem – musieliśmy wszyscy pościągać buty i podnieść je w powietrze. Fani jeżdżący często na koncerty pewnie coś o tym wiedzą, dla mnie była to nowość i szczerze to las butów wiszących nad głowami ludzi to niezapomniany widok, no i fantastyczna zabawa. „Boso” zostało więc zagrane dosłownie boso. Oj, chyba nie musze pisać jak ludzie bawili się przy tej piosence, ale to chyba nic w porównaniu z tym jak bawili się (łącznie z nami) podczas ostatniego utworu – piosence Marka Grechuty „W dzikie wino zaplątani” – w kilku wykonaniach już słyszałam ten utwór, ale wykonanie Zakopowera nie ma sobie równych i straszne jest to, że ten utwór kończy koncert, bo daje on takiego kopa i tyle energii że już po wszystkim czuje się wielki niedosyt. Pod koniec tego utworu i całego koncertu Sebastian wraz z Łukaszem Moskalem dali jeszcze wspólny popis – oni to potrafią się bawić, oj że wtedy nie poszła w skrzypcach struna to aż dziw :-) I to tyle, koniec, prawie 2 godziny minęły jak kilka minut – zdecydowanie za szybko.
Trzeba było wrócić do domu prawie 200km i muszę przyznać, że przygody w drodze powrotnej na moment przyćmiły wrażenia z koncertu. Wracałyśmy z mapką Google oraz mapą samochodową w zupełnej ciemnicy oraz w ogromnej … mgle! Mgła była tak wielka, że musiałyśmy jechać 40km/h a widziałyśmy przed sobą zaledwie kilka metrów, dalej jedno wielkie NIC. Po przejechaniu około 50 km dojechałyśmy do miejsca, gdzie przed nami na awaryjnych światłach ustawiła się już kolejka samochodów – wypadek – ulica nieprzejezdna. Samochody zaczęły wycofywać, a my niestety nie znałyśmy innej drogi! Przez chwilę poczułam się jak bohaterka jakiegoś tandetnego filmu - stałyśmy tak w polu na totalnym pustkowiu w tej mgle, za nami kilka samochodów i nagle wysiada z nich kilka mężczyzn – w tej mgle widać tylko zarysy ich sylwetek, idą w pewnej odległości od siebie i… wyglądają jak bohaterowie „Świt żywych trupów”, rzucam hasło ZOMBIE WE MGLE i w jednej sekundzie siedzimy pozamykane na wszystkie spusty, a w oczach przerażenie :-) Niestety, okazało się, że wypadek jest śmiertelny i policja czekała na prokuratora – musiałyśmy znaleźć inną drogę – inną, alternatywną drogą okazała się dawna droga na lotnisko pełna dziur i zaskakująco głębokich kałuż (nazwałabym je małymi stawami). Udało się, wyjechałyśmy na właściwą drogę, ale mgła nasilała się – co chwilę w nią wjeżdżałyśmy i wyjeżdżałyśmy. Cała sceneria była przerażająca – te pola, drzewa i krzewy, opuszczone domki spowite mgłą – jak z jakiegoś horroru! Dodam jeszcze, że była pełnia – aż dziw że z krzaków nie wyskoczył żaden wilkołak, wampir czy jakaś czarownica na miotle ;-). Nasza wyobraźnia również zaczęła fłatać nam figle – czerwone światła samochodu przed nami były dla nas strasznymi czerwonymi oczami diabła, niektóre z nas zaczęły czuć dziwne zapachy (tak tak mgła w każdym mieście ma inny zapach ;-) a niektóre widziały krowę machającą ogonem i wiecie co? Ta krowa naprawdę tam była!!!
Powrót był naprawdę ciężki i może nie o wszystkim będę wspominać, w każdym razie do domu dotarłyśmy po 3 w nocy, jeszcze przez jakiś czas nie mogłam zasnąć myśląc jednak nie o koncercie, lecz mając przed oczami Zombie we mgle ;-)

piątek, 1 lipca 2011

Polska przewodzi. Szczecin gra.

Nie ma to jak plenerowe imprezy w czwartek trwające do 1.30. Ale poszłam tam z dwóch powodów – występ Zakopower i pokaz mapping 3D.
Na początek napiszę wam, że zapowiadało się na deszcz... i już zaczęłam myśleć, że Zakochłopcy są zaklinaczami pogody a deszcz to część ich choreografii i wożą go wszędzie ze sobą. Ale jednak nie, chmurzyło się, ale ostatecznie nawet kropelka nie spadła :-)
Ogólnie coś było nie tak z moim programem, Zako mieli wystąpić o 21.35 a wystąpili jako drudzy ok. 20.45, w ogóle wszystko było nie w tej kolejności i trochę się pogubiłam. Chłopcy wystąpili w ramach imprezy "Polska przewodzi, Szczecin gra" i jeśli pozwolicie nie skupię się tylko na występie Zakopowera, ale po krótce opiszę całą imprezę.
Zaczęło się od Carpe Diem, Szymon Wydra miał chyba najtrudniejsze zadanie, bo ludzie dopiero się zaczęli zbierać i do końca się nie rozkręcili i tak nieśmiało coś tam podśpiewywali "do nieba nie chodzę lalala". Carpe Diem trochę rozgrzali publiczność, zaśpiewali same radiowe przeboje i ich występ uznałam za udany.
Następni w kolejce byli jak się okazało Zako, choć ich występ poprzedziła pani w polarowym dresie opowiadająca fascynująco o żaglowcach :-) Z tyłu widziałam już chłopców przygotowujących się do koncertu i byłam w szoku, myślałam sobie "Ojejku, jak to, to już, teraz, zaraz?", ale nie miałam zbyt dużo czasu na takie dylematy, bo zaczęły się dźwięki "Zbuntowanego anioła" i te wizualizacje na ekranie zmieniające się w rytm muzyki - to robi naprawdę wrażenie. "Nie wołaaaaj, przestań wreszcie krzyczeć" śpiewałam z zespołem a ludzie odwracali się i patrzyli na mnie zdumieni, że znam tekst (poważnie!), przez chwilę poczułam się jak "inna" :-) Sebastian stał przyklejony do mikrofonu przez dłuższy czas i nagle się odkleił i z wielkim powerem wystartował na środek sceny i zaczął jakieś szaleńcze tańce, skoki, podskoki, wywijasy i strasznie mnie tymi akrobacjami rozśmieszył, a moja koleżanka odwróciła się do mnie i mówi z przerażeniem: "O rany, ten człowiek ma jakieś ADHD", więc zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej.
Piosenka skończona, Sebastian mówi coś do mikrofonu bla bla bla i tutaj muszę się wam przyznać, że ja czasem mam problem ze zrozumieniem tego co on mówi :-) Ale to i tak jeszcze nic, moja koleżanka nie rozumie co on śpiewa (np. w Udomowionych ona nie słyszy "I kochaj i kochaj zbudujesz dom" tylko "Mikołaj Mikołaj zbudujesz dom" i wiele wiele innych takich przekręceń, ale nawet jak jej mówię jak to brzmi naprawdę to ona i tak słyszy swoje wersje :-) ).
Następna piosenka to "Tak że tak", zrobiło się trochę mocniej i bardziej rockowo, ludzie zaczęli nawet trochę główkami poruszać. Wykonanie w porządku, ale nie porwało.
Kolejny utwór za nami, Sebastian łapie za skrzypce i zaczynają się pierwsze dźwięki mojego ukochanego "Nie bo nie", no i tutaj muszę się też przyznać wam do czegoś - stałam zahipnotyzowana i miałam ciary. Oczywiście też śpiewałam i znowu spojrzenia ludzi. To był mój ulubiony moment w występie i te zdjęcia na ekranie, całość świetnie współgrała, super się patrzyło i słuchało. Efekt megafonu w piosence osiągnięty poprzez użycie megafonu :-) A reakcja ludzi "woooow" haha.
Koniec utworu i Sebastian mówi "Boso" a ja słyszę "Poszło", myślę sobie no poszło poszło świetnie im poszło z tym "Nie bo nie" ale słyszę piski ludzi, moja koleżanka się odwraca i mówi "Boso" a ja "Aaaaaaa" :-)
A "Boso" mnie rozczarowało... jak dla mnie brak mocy, brakowało mi tego taramtamtam i z powerem "I dopiero gdy...", było po prostu spokojniejsze i przyzwoite, ale też wg. mnie mdłe i nijakie. Ale ludziom się podobało, bo się rozruszali i juz nie tylko ja zdzierałam gardło "pójdę bosooooo" :-)
I koniec - tylko 4 piosenki i niedosyt, ale co tam, trzeba się cieszyć z tego co jest. "Zbuntowany anioł" i "Nie bo nie" będę pamiętać jeszcze długo.
Po Zako wystąpił zespół Blenders, ale nie chce w sumie komentować tego występu (bo bulgotanie do mikrofonu i kopanie butelką wody w publiczność to raczej nie jest super zabawa, której warto poświęcać więcej uwagi). 
Muszę za to napisać wam o kolejnym występie - Marcina Wyrostka. Magia! On cały i zespół cały, zaczarowali po prostu, nic dziwnego, że mówią o nim magik. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję to polecam jego występy - do tego są tacy pozytywni, świetnie się dogadują, a co najważniejsze wielką radość sprawia im granie muzyki i to naprawdę widać i czuć (ciary).
Kolejni - Bracia. Tez mi się podobało, szczególnie głos Piotrka Cugowskiego i to co on z nim robi, bardzo podobała mi się też przypadkowa choreografia podczas ballad - czyli wiatr rozwiewający romantycznie Piotrka włosy :-) Odebrałam ich pozytywnie, może muzyka nie do końca trafiająca w mój gust, ale było naprawdę przyjemnie.
I na końcu Ray Wilson tak pięknie mówiący "Dziękuję bardzo" i "Życzę dobrej nocy" i trochę innych po polsku, dobrze mu szło, rozumiałam bardziej niż Sebastiana, ale cichoooo ;-) Ray przeniósł nas trochę w inny wymiar, lekki rock, piosenki w języku angielskim, bardziej i mniej rockowe brzmienia i 2 skrzypaczki dodające muzyce klasyczny dźwięk. Pozytywnie.
Po północy jeszcze chyba Sebastian występował bez zespołu, przynajmniej go zapowiadali i była transmisja w TVP2 może ktoś oglądał, ja niestety zostałam juz pogoniona do domu przez ziewającą KoleżankęBoląMnieNogi i znudzoną KoleżankęBoliMnieKręgosłup.
I to by było na tyle. W między czasie były pokazy Mapping 3D, ale o tym pisać nie będę, to trzeba po prostu zobaczyć, bo w słowach się nie da... niesamowite :-)