Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2012

Śnieg.

Jest biały, puchowy, zimny i skrzypi pod butem. W słońcu świeci kryształowo, a nocą zamarza tworząc naturalne lodowiska. Jest utrapieniem dla kierowców i radością dla dzieci. I pod tym względem wciąż jestem dzieckiem, bo kiedy wstaję rano i widzę za oknem biały puch to od razu uśmiech pojawia się na twarzy i długo nie znika. W tym roku długo czekałam na śnieg... słyszałam jak w innych miastach zawitał już dawno, a u mnie wciąż mroźnie i szaro. Najgorsza jest taka właśnie zima - mroźna, brudna i nijaka. Kiedy pojawia się śnieg od razu rozjaśnia ulice i krajobraz, czasami rozjaśnia serca i umysły ludzi. Tak działa właśnie na mnie śnieg - od razu z marazmu wpadam w dziką euforię.
Uwielbiam spacer w parku podczas sypiącego śniegu, najlepiej wieczorem. Śnieg jest wtedy taki świeży i biały, uwielbiam patrzeć w górę jak widać spadające płatki w poświacie latarni, uwielbiam dźwięk radosnego śmiechu dzieci zjeżdżających na sankach.
Ze śniegiem mam też pewne wspomnienia. Śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem, kiedy to bezlitośnie kazałam mojemu bratu ciągnąć się na sankach, pamiętam, że on już nie miał siły, a ja krzyczałam "Jeszcze, szybciej, dalej!". Pamiętam moje sanki nowoczesne z kierownicą, jedyne takie na dzielnicy i to, ile miałam wtedy nowych przyjaciół, chcących na tych sankach choć raz zjechać z górki. Pamiętam górkę... było na niej tak tłocznie, że zanim się z niej zjechało trzeba było postać trochę w kolejce. Pamiętam też ostatnie śniegi... zepsute tramwaje, brak prądu, ogrzewania, wody, nie działające telefony i komórki. Spacery... orzełki w śniegu, tarzanie się, wygłupianie, rzucanie kulkami śnieżnymi, lepienie pierwszego wspólnego bałwana, zjazd na sankach i od razu wykrzywienie płoz. Śnieg to dla mnie zawsze połączenie zabawy z nostalgią. Bo boleśnie przypomina, że nie jesteśmy już dziećmi i przynosi z sobą żal za tymi beztroskimi latami białego szaleństwa.
Wiem, że niektórzy nie lubią śniegu, ale przecież zima to tylko 3 miesiące, cieszmy się, że ją mamy, bo niektórzy nie wiedzą co to śnieg i gdy wyjadą do zimowego kraju to zachowują się jak kot wypuszczony na pierwsze śniegi :-) Mamy 4 pory roku i powinniśmy cieszyć się nimi i czerpać z nich jak najwięcej dobrego i pozytywnego. Niektórzy wiedzą tylko co to deszcz i śnieg, inni znają tylko słońce, a my znamy to wszystko i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć.
Życzę zatem wszystkim udanego śniegowego szaleństwa!!!

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!

Od pewnego czasu trwa ogólnopolska kampania „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”. Zawrzało. Akcja chcąc nie chcąc wprowadziła istną burzę wśród zawziętych czytelników. Jedni są akcją zachwyceni, inni oburzeni. Bo czy czytanie jest sexy? Czy można i czy powinno sprowadzać się czytanie właśnie do seksu?
Jedno jest pewne – akcja odniosła pewien cel, zapewne cel, który chciano osiągnąć – o tym się mówi. Kampanię wspierają znane postacie (m.in. Kazimiera Szczuka i Anna Laszuk), które pozują do zdjęć w swoich łóżkach z książką w ręku. Bardzo… subtelne.
Osobiście jestem otwarta na wszelkiego rodzaje kampanie. Tym bardziej, że takie akcje tworzą ludzie, którzy czytać kochają i w ten sposób starają się namówić innych do tego samego. Tylko proszę zastanówmy się, czy można kogoś zmusić do czytania? Ja należę do grupy czytającej, ale czy dzięki temu czuję się lepsza?  Czy jest to coś co powinno się reklamować i do czego powinno się usilnie kogoś namawiać?
Moim zdaniem czytanie nie jest sexy i szczerze to nie podoba mi się promowanie czytania w taki sposób. A najbardziej irytuje mnie fakt, że ostatnio wszystko co promowane jest seksem odnosi sukces. Seks = gwarancja osiągnięcia celu. Ludzie, którzy czytają są interesujący i pociągający, wzbudzają ciekawość. Ale mnie osobiście nie podniecają. Fakt, że widzę mężczyznę z książką w ręku w tramwaju nie świadczy o tym, że mam ochotę wytargać go z tramwaju i zabrać z sobą do sypialni. Jedyne co w takiej sytuacji to mogę zerknąć co ten mężczyzna czyta i w ten sposób wyrobić sobie na jego temat opinię.
Mam bardzo różnych znajomych, jedni dużo czytają inni wcale, ale wielkiej różnicy między nami nie dostrzegam, z każdym można o wielu rzeczach porozmawiać, bo każdy ma po prostu inne hobby. Jeśli rozmawiam z osobą nie czytającą to opowiadam jej o książce, która zrobiła na mnie wrażenie, a ta osoba z kolei odwdzięcza mi się aktualnościami z dziedziny sportu, którym się pasjonuje. A z osobą czytającą mogę po prostu nie tylko podyskutować o książce, ale również ją polecić. I absolutnie nie przeszkadza mi, że ktoś nie czyta, pamiętajmy, że ludzie są różni i tak jak ktoś nie może nas zmusić do zainteresowania się np. florystyką tak my nie powinniśmy innych zmuszać do czytania.
I właśnie ja nie namawiam moich znajomych do czytania, jedynie oczekuję od nich, że wysłuchają mnie, gdy jakaś książka mnie poruszy i czasem zdarza się, że moja opowieść porusza również ich na tyle, że tą książkę ode mnie pożyczają. Możemy się po prostu zarażać naszymi pasjami. Oni również nie namawiają mnie do uprawiania joggingu, interesowania się piłką nożną i uczenia się jak samemu wyremontować swój dom. Każdy ma inne hobby i musimy to uszanować.
I nie uważam się za kogoś lepszego będąc tą czytającą, tym bardziej, że aby powiesić półkę dzwonię po kolegę, a gdy więdnie mi kwiat to proszę o pomoc koleżankę.
Owszem, książki rozwijają i mnie również w dużym stopniu pomogły, ale tak naprawdę miłośnik joggingu może powiedzieć, że tak jak czytanie wspomaga umiejętność jasnego konstruowania myśli tak jogging poprawia kondycję oraz ma pozytywny wpływ na zdrowie, majsterkowicz powie, że jego roboty to arcydzieła i uczą precyzji, a florysta wspomni, że układanie bukietów kształtuje wyobraźnię i uczy cierpliwości. Jeśli lubimy czytać to szczyćmy się tym, ale nie możemy uważać, że każdy osobnik nie czytający ma problem z wysławianiem się, z pisaniem czy z prowadzeniem dyskusji (bo zazwyczaj tak są postrzegane osoby nie czytające w gronie tych czytających).
I właśnie ta akcja wywołała mnóstwo kontrowersji – w Internecie, w telewizji, w prasie. A obok słów zachwytu „wspaniałe” „przekonywujące” „rewelacyjne” znajdują się również słowa antagonistów „żenujące” „niesmaczne” „płytkie”. Ja nie należę do żadnej grupy. Szanuję ludzi, którzy mają odwagę i tworzą takie kampanie, promują swoje własne zainteresowania, dzielą się tym z innymi. Ale nie zapominajmy, że czytanie to hobby jak każde inne i nie czujmy się lepsi od reszty, nie wywyższajmy się, bo każde hobby rozwija w inny sposób, więc my z całą pewnością również mamy pewne braki.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

W obliczu zagłady świata.

Ostatnio coraz częściej stykam się z tematem zagłady wszechświata. I nie chodzi mi o dosłowną apokalipsę, ale fantastyczne obrazy podsuwane nam przez filmy lub książki. Jeszcze do niedawna pełno było takich  filmów jak "Dzień Niepodległości" "2012" czy "Dzień zagłady". Również ostatnio wielką popularnością cieszą się ksiażki gdzie w umiejętny sposób autorzy przedstawiają życie garstki ocalałych ("Intruz" "Miasto ślepców" "Jutro"). Czy zastanawialiście się kiedyś jak byście się zachowali w obliczu wielkiej katastrofy globalnej, zagłady świata lub gdybyście byli rozbitkami w górach lub na bezludnej wyspie? Kim bylibyście w niewielkiej grupie ocalałych i jaką rolę pełnilibyście w odbudowywaniu świata? Ostatnio trochę mnie wyobraźnia ponosi i sama zadałam sobie te pytania. 
Z natury jestem nieśmiała. W pracach grupowych zawsze na uboczu i nigdy nie przemawiam publicznie. Zazwyczaj podporządkowuję się osobom charyzmatycznym i jestem posłuszna osobom przełożonym. Ale tak jest w świecie, w którym panuje ład i porządek. Czasem ludzie mówią do mnie „Jakby świat się walił to byś stanęła i nie wiedziała co począć”. Ale to są ludzie, którzy mnie tak naprawdę nie znają, bo każdy, kto mnie lepiej pozna wie, że mimo mojej spokojnej powierzchowności i nieśmiałej natury drzemie we mnie zorganizowany potwór potrafiący zadziwiająco dobrze radzić sobie w ekstremalnych warunkach.
Sprawiam wrażenie kruchej i bezbronnej a w obliczu zagrożenia jestem niezwykle silna i zaradna. Może nie miałam okazji sprawdzić tego w obliczu zagłady świata czy ogromnej katastrofy globalnej, ale sprawdziłam to już w mniejszych dramatach życiowych i wiem, że w momencie kiedy innym opadają ręce ja je podnoszę. Gdybym znalazła się w grupie osób ocalałych z wielkiej zagłady to na pewno nie byłabym osobą dowodzącą – przede wszystkim brak mi charyzmy i nie sądzę, aby ludzie mnie słuchali, poza tym dowodzenie jest zbyt wielką odpowiedzialnością, a ja w stresie panikuję i nie myślę logicznie. Ale z całą pewnością wsparłabym grupę moją zdolnością organizacyjną, dobrym słowem i wielkim optymizmem. Nie pozwoliłabym nikomu się poddać i nawet gdybym sama przestała choć na chwilę wierzyć w powodzenie naszego planu odbudowy świata to wszczepiałabym tą wiarę w innych, aby z czasem i oni wszczepili ją we mnie.
Myślę, że dla dobra ogółu potrafiłabym wykazać się również wielką odwagą i nie obawiałabym się mrozu, ognia, wody czy wysokości jeśli z grę wchodziłoby uratowanie czyjegoś życia. I to co wiem na pewno – wykazałabym się wielkim altruizmem i myślałabym przede wszystkim o innych, a dopiero na końcu o sobie.
I może nie wsparłabym grupy ocalałych wielką siłą fizyczną czy umysłową, ale myślę, że byłabym w tej grupie takim dobrym duszkiem podtrzymującym wszystkich na duchu, aby nigdy nie tracili wiary i nadziei na lepsze jutro.

wtorek, 6 grudnia 2011

Przedświąteczny czas marzeń.

Święta kojarzą mi się nie tylko z prezentami,  pomarańczami, choinką, kolędami w radio i cudownymi smakami, na które czeka się cały rok, ale również z marzeniami. Kiedy zbliżają się Święta i Nowy Rok ludzie stają się bardziej marzycielscy i bujający w obłokach.
Przede wszystkim uważam, że trzeba marzyć, jest to jakby nasz ludzki obowiązek. A najlepiej marzyć o czymś nieosiągalnym, jak o gwiazdce z nieba czy posiadaniu skrzydeł. Już samo słowo marzenie brzmi tak słodko i urzekająco, że oczywistym jest, że zazwyczaj marzy nam się coś trudnego do zdobycia lub coś co przeciąga się w czasie. Szybko i łatwo osiągalne możemy zdobyć poprzez życzenia. Życzę sobie torebkę na Gwiazdkę i mam jeszcze życzenie, aby ta torebka była zielona z wieloma przegródkami. Ale marzy mi się aby ta torebka przynosiła mi szczęście.
Kochani, marzenia są piękne, marzyć to coś niezwykłego, gdy ktoś marzy to znaczy, że jest pełen nadziei, pasji i wiary. Marzenia mobilizują. Dają nam przysłowiowego kopa. Dzięki marzeniom działamy. Marzenia powodują, że... chce nam się żyć! Bo widzimy cel, widzimy to wymarzone światełko w tunelu dla naszego wymarzonego marzenia.
Marzeń w moim życiu było całe mnóstwo. Zawsze je mam, właściwie to żyję nimi.
A ponieważ to taki wdzięczny temat i chciałabym zakończyć radośnie i optymistycznie to może zacznę od tych marzeń niespełnionych. Otóż kiedyś marzyłam o tym, aby mieć jakiś talent. Chciałam pięknie śpiewać, malować, pisać, grać... cokolwiek, abym się w tym spełniała i mogła się udoskonalać w danym kierunku. A ja zawsze miałam pełno zainteresowań i nigdy w niczym tak naprawdę nie byłam dobra, zawsze było przeciętnie, tak sobie, może być. No to przeżyłam już 28 lat i chyba mogę śmiało stwierdzić, że marzenie się nie spełniło (ale jeszcze go nie porzucam, może za jakiś czas ktoś wymyśli nowiutką dziedzinę, w której okaże się, że jestem świetna i… utalentowana właśnie).
Kolejne moje marzenie to potrafić żyć chwilą. Przyznam, że jestem trochę życiowo nieśmiała i brak mi odwagi, aby czerpać z życia garściami. Przez to wiele tracę. To marzenie oczywiście jest do spełnienia, ale wymaga ogromnej walki z samą sobą, stąd też to marzenie raz wychodzi na prowadzenie a czasem zostaje daleko w tyle. Zresztą jak można marzyć o tym aby przestać być nudną marzycielką? Toż to sabotaż!
Ostatnie niespełnione i wciąż nie spełniające się marzenie – otóż jako dziecko marzyłam aby być dorosła, teraz kiedy dorosłam marzę, aby znów choć przez chwilę móc być dzieckiem.
A jakie marzenia mi się spełniły? Te bardzo życiowe, ale jednocześnie te, które nadają życiu sens i popędzają je dalej ku nowym marzeniom. Wymarzyło mi się szczęście, samodzielność i prawdziwa miłość. Właściwie czego chcieć więcej? Niestety (a może na szczęście) człowiek ma taką osobowość, że zawsze chce więcej i pewnie dlatego nie potrafimy ustać w ciągłym marzeniu o czymś lub o kimś, bo po prostu kochamy marzyć! Bez mocy marzenia życie byłoby po prostu nudne.

piątek, 7 października 2011

Dobrodziejstwa przedwyborcze.

Ostatnim numerem jeden wśród wszelkich poruszanych tematów jest temat nadchodzących wyborów parlamentarnych. Najciekawiej się teraz pisze o wyborach, w telewizji pełno twarzy i inteligentnych wypowiedzi polityków, na balkonach, blokach i murach uśmiechnięte lica kandydatów i każdy z nich pragnie, aby na niego/nią zagłosować.
Temat wyborów to również fantastyczna alternatywa dla popularnego tematu pogody. Teraz, gdy rozmawiamy z sąsiadem lub przypadkowo spotkanym znajomym i zapada krępująca cisza to można zamiast „Ale zimno się już robi, prawda?” spytać „A na kogo będziesz głosować?” Tutaj temat wyborów można nawet uznać za niejakie wybawienie, krępująca cisza zostaje wypełniona, a rozmowa ożywiona i odratowana.
W różnych środowiskach wrze. W pracy przy kawie rozmawia się o politycznych partiach, na rodzinnych niedzielnych obiadkach powstaje dylemat na kogo oddać głos, w tramwaju ludzie debatują czy warto glosować czy nie. W Internecie również jest to bardzo popularny temat – artykuły, wywiady, felietony – a pod spodem cudowne, anonimowe komentarze ociekające zawiścią, nienawiścią i budzące grozę w normalnie prosperującym człowieku.
Zbliżające się wybory, kandydaci i partie osaczają nas ze wszystkich stron. Szary obywatel, który jest zabiegany i zapracowany nie może nie usłyszeć o tym, że zbliżają się wybory, schorowani ludzie nie opuszczający swoich domów również nie mają prawa nie wiedzieć, że wkrótce trzeba wybrać, trzeba oddać swój jakże ważny dla społeczeństwa głos.
Ludzie dyskutują, kłócą się, dochodzi do politycznych przepychanek, rodziny obrażają się na siebie, małżeństwa się rozpadają, ogólnie chyba w naszym kraju nic nie wzbudza tylu negatywnych emocji co zbliżające się wybory.
Ja sobie jednak myślę, że wybory to super sprawa. W ostatnich tygodniach nie muszę zaprzątać sobie głowy trywialnymi sprawami, bo kandydaci są na tyle uprzejmi, że myślą za mnie.
I tak gdy idę do parku dostaję popcorn w torebce od członka partii PO, gdy idę rano do pracy członkini partii PiS częstuje mnie wyśmienitą kawą, a kiedy jestem na zakupach nie muszę myśleć w co je spakuję, bo zaraz dostaję super wytrwałą reklamówkę z podobizną członka partii SLD.
Nie rozumiem dlaczego Polacy w tym owocnym dla nas czasie czerpią jedyną przyjemność ze słownego kamieniowania, obrzucania błotem i rzucania wyzwisk oraz gróźb.
Dlaczego nie skupimy się choć przez chwilę, choć przez ułamek sekundy na rzeczach pozytywnych – studenci-ulotkarze mają możliwość dobrze zarobić, wszelkie drukarnie i firmy reklamowe mają pełne ręce roboty, więc i z ich dobrobytu warto się radować, nawet z czystego patriotyzmu wypada ucieszyć się ze szczęścia naszych rodzimych celebrytów, którzy dzięki wyborom będą mogli kupić sobie w końcu apartament w luksusowej warszawskiej dzielnicy, no a zwykły przechodzeń może w końcu porządnie zjeść, napić się pysznej kawki i zrobić beztrosko zakupy.
Także drogi obywatelu zatrzymaj się na chwile i pomyśl po co tępić pióro/łamać język/załamywać ręce skoro i tak jako szara jednostka nie zmienisz nic, ani rzeczywistości ani całej Polski, więc radzę zaparzyć meliskę, usiąść wygodnie w fotelu i rozkoszować się, delektować oraz czerpać jak najwięcej z tego wspaniałego dnia – jutrzejszej ciszy przed burzą wyborczą, kiedy to można w domowym zaciszu spokojnie przemyśleć czy smaczniejszy był popcorn czy wygra jednak pyszna kawa tak cudnie zaparzona…

czwartek, 29 września 2011

Słownik wyrazów mi obcych, czyli slang młodzieżowy.

Nie od dziś wiadomo, że się starzejemy (a kto nie wie ten teraz już wie). Ja to odczuwam bardzo dotkliwie korzystając z komunikacji miejskiej, kiedy to tramwaj/autobus atakują młodzi ludzie i używają "nawijki", której ja nie pojmuję, czasem nawet mimo moich wielkich starań, kiedy to szukam w głowie jakiś połączeń, podobizn i tłumaczeń.
Ostatnio zainteresowałam się więc młodzieżowym slangiem, czyli tym, w jaki sposób mówi dzisiejsza grupa młodocianych i co w danej chwili jest "trendi". Teskty mojego pokolenia nie były zbyt wyszukane, ale mimowolnie przyklejały się do człowieka i wypływały co chwila z ust. Zawsze mnie irytowały te modne powiedzonka i gdy sama zaczynałam je używać irytowały mnie jeszcze bardziej, gdyż uważałam się za osobę mało-wpływową. No ale jak się okazuje osoba silna czy słaba nie ma żadnych szans jeśli chodzi o aktualny slang. Współczesny młodociany nie używający obecnie panującego języka to jak młodociany bez komórki czy konta na Facebooku. Kiedy ja byłam w podstawówce, liceum czy nawet na studiach (choć tutaj to już człowiek poważniejszy był trochę) mieliśmy swoje teksty, które przyczepiały się i żyły swoim życiem dopóki nie zostały zastąpione innymi-nowymi.
Teraz jest podobnie, tylko niestety ta różnica pokoleń (tak tak moi drodzy POKOLEŃ) jest już widoczna.
My teraz mamy nasze "masaaakra" oraz "żenadaaa", a ONI mają swój "żallll".
My mieliśmy "buraka", oni mają "cebulaka".
My mówiliśmy "albo rybki albo akwarium" a teraz się mówi "albo rybki albo cipki".
A pamiętacie "z czego się brechtasz?", teraz jest "z czego ziejesz?".
Słynne "a świstak siedzi i zawija w sreberka" zastąpili M&Msowym "bo śnieg" (co znaczy dla nich "bo tak" dla przykładu: - Dlaczego nie przyszłaś wczoraj do pracy? - Bo śnieg.) aaa ma sens nie?
"Blachara" czy "berta" to teraz "betoniara".
A jak chcesz się z kimś podrażnić to nie mów już "bujaj wroty" tylko "bujaj gila".
Kiedyś po ciężkiej imprezie człowiek cierpiał z powodu "kapcia w gębie" a teraz ważniejsza jest "kac-kupa".
A pamiętacie nasze obraźliwe "ale z ciebie down?" teraz jest już podkręcone na "zjebodown".
Albo niemieckie "was?" teraz popularniejsze jest niemieckie "egal" albo angielskie „whateeeever”(czyli obojętne, nieważne i najlepiej powiedzieć to naprawdę jakby było nam to obojętne).
W dzisiejszym języku młodzieżowym przewija się dużo obcojęzycznych zwrotów, szczególnie jest to widoczne w formie pisanej, kiedy to co chwila można zauważyć zwroty typu "btw" "lol" "wtf" "kk" "thx" "omg". Takie skróty myślowe są coraz popularniejsze szczególnie, dla osób młodych korzystających w nadmiarze z gg czy sms-ów. Sms-y o treści "C u 2nite" albo "R u f2t, luv ya 4ever" to teraz powszechność i nawet uczniowie mający słabe oceny z angielskiego znają doskonale znaczenie tych wszystkich znaczków skrótowych i bez problemu potrafią je odczytać. W takiej młodocianej rzeczywistości żyjemy... i jeszcze jedna moja uwaga - teksty, które rządziły w moich młodych latach były niegroźne i słabe, natomiast teksty, które rządzą obecnie bazują przede wszystkim na chamstwie i wulgarności. I chyba to również podstawowa różnica między czasami moich lat młodzieżowych a tymi panującymi obecnie.
Poniżej przedstawiam kilka wygrzebanych tekstów dzisiejszej młodzieży, z tłumaczeniem i w razie wątpliwości podaję również przykłady:

KOZACZYĆ - cwaniaczyć
Przykład: -Ale typ kozaczy w nowej beemce

GLONAJAD - osoba w ściśniętym tramwaju przyciśnięta do szyby

ZAPODAĆ SKWARA NA WARZĄCHIEW - Określenie często padające w fastfoodach, gdy przyrządzający zapodaje harę lub bobera do hamburgera.
(Przykład: - Ej ale mnie ten grubas wkurwia!
- Spoko, juz mu zapodaje skwara na warząchiew!)

JAJOGNIOTY - Spodnie, które gniotą jajka, bardzo wąskie w kroku

RYSIEK - Potoczna nazwa taksówkarza na podstawie serialu Klan.
Przykład: - Jak wracamy do domu?
- Ryśkiem.

ZARZUĆ WAPNEM NA DRUT - daj rodziców do telefonu
Przykład: - Ej siora weź zarzuć wapnem na drut!
- Mamo tato Jasiek dzwoni.

BAJABONGO - Słowo określające wyraz zadowolenia, lub pochwały czyjegoś czynu lub jakiegos zdarzenia które ma nastąpić.
Przykład: - Ile zakupiłeś napoju na imprę?
- Około 2 litry.
- No i bajabongo!

MI TO TITO - mi to wisi

AWARIA DUPY - potocznie biegunka

A jakie teksty wy pamiętacie ze swoich czasów (tak wiem jak to strasznie brzmi)? Ja oprócz tych już przytoczonych przypominam sobie "buhaha" "ale wiocha" "zamuła" "fak".
No to pozdro ziomale yo, narty i do zobaczyska krejzole :)

środa, 28 września 2011

Zakompleksiony obraz współczesnego mężczyzny.

Jestem na bieżąco po przeczytaniu artykułu przesłanego mi przez Josię pt. "Kobieta z górnej półki" i się zdenerwowałam, więc wyleję swoje żale oficjalnie i pod publiczkę:)
Okazuje się, że dużo kobiet ma ten problem z górna półką, bo mężczyźni w dzisiejszych czasach za dużo czytają zniewieściałych magazynów i się uczą "10 kroków jak uwieść kobietę", "10 tekstów które zrobią na niej wrażenie", "10 sposobów na jej rozpalenie" itd. Tak mało jest teraz prawdziwych mężczyzn, którzy nas rozumieją i są normalni, a nie jakieś pozory i zachowania jak z gazetki, bo w świerszyku tak poradzono i jeszcze to chore myślenie jak jesteś ładna i mądra a do tego masz kasę to trzeba uciekać. Jeśli mężczyzna czuje się choć trochę gorszy, brzydszy czy biedniejszy od kobiety traci swoją męskość a co za tym idzie może zostać jedynie naszą przyjaciółką, a nie partnerem. Niestety w takiej rzeczywistości żyjemy, więc skala od 1 do 10, którą posłużono się w artykule na WP idealnie odzwierciedla realia dzisiejszych stosunków męsko-damskich.   Zastanawiam się dlaczego tak jest     Niestety taka jest właśnie
Kiedyś kobieta była słaba, całkowicie uzależniona i polegająca na swoim rycerzu, teraz większość kobiet zabiera swoim rycerzom zbroję i ze współczesnego mężczyzny zostaje niedojrzały chłopiec leczący swoje kompleksy z czasów liceum. Moim zdaniem kobiety powoli przeobrażają się w rycerzy na białym koniu a mężczyźni zabierają nam rolę pięknej, bezradnej księżniczki. Bo czyż nie jest tak, że to kobieta wychodzi z inicjatywą spotkania/randki/wyjścia na kolację/wyjścia do kina/zrobienia imprezy urodzinowej/zaplanowania wakacji itd itp? Jak masz urodziny to ty musisz zadbać o kolację i świece. Jak marzysz o bukiecie róż to musisz dobitnie i wyraźnie powiedzieć, aby ci je kupił, bo aluzje, docinki i wszelkie uwagi na ten temat to tylko "twoje widzimisię i zdecyduj się w końcu czego chcesz". Jak pragniesz bliskości i tego aby poświęcił ci w pełni choć jeden dzień w tygodniu to musisz zrobić awanturę i najlepiej jeszcze zastosować ciche dni lub zaangażować teściową;) Nie wspominając o wszelkim romantyzmie, spontaniczności, elementach zaskoczenia i choć odrobinę szaleństwa. Zanim współczesny mężczyzna zdecyduje się na któreś z powyższych będzie się dniami i nocami doradzał doświadczonych kolegów, tygodniami zastanawiał czy ty na pewno tego chcesz i czy będziesz zadowolona, miesiącami analizował czy warto i czy mu się opłaci i latami realizował swój plan.
Ok, ale kobitki teraz bądźmy też sprawiedliwe i starajmy się dostrzec drugą stronę medalu - czyli naszą winę. Czy nie jest tak, że stając się silne, samodzielne i mądrzejsze niż w rzeczywistości jesteśmy (w skrócie przemądrzałe) trochę tych naszych zakompleksionych mężczyzn nie tyle odstraszamy co sprawiamy, że oni dystansują się, podchodzą ostrożniej, a czasem wręcz nie wierzą, gdy spotykają normalną, zwyczajną bez-problemową babkę? Widząc piękną, zadbaną i pewną siebie kobietę z góry zakładają "nie mam szans", ale czy aby nie dlatego, że wcześniej od takich właśnie kobiet nie raz nie dwa usłyszeli właśnie te słowa? Wiem wiem "Faceci są beznadziejni" "Faceci to dupki" "Faceci są prości" FACET TO ŚWINIA. Ale oni nie rodzą się przecież jako ciepłe kluchy, zniewieściałe cioty czy flaki z olejem. Z jakiegoś powodu tacy się potem stają i mnie się zdaje, że w dużej części to nasza wina (zaraz po winie mamusi wycierającej gilki z nosa do 15 roku życia i zaraz po winie artykułów z świerszczyków i mądrych porad wykształconych maminsynków). No bo przyznajcie same czy w ostatnich czasach z urodą, mądrością i pewnością siebie nie zyskałyśmy jeszcze ostrego jak brzytwa języczka, którym śmiało posługujemy się, gdy mężczyzna nas podrywa, lub dzwoni po raz pierwszy lub chce tylko pogadać lub zaproponować coś więcej? Czy nie jest tak, że boimy się odkryć naszą prawdziwą naturę i wszystkie prawdziwe emocje chowamy głęboko, zaszywamy i zabijamy gwoździami? Nie wspominając już o naszym dwojakim myśleniu. Myślimy "Jesteś całkiem słodki" a mówimy "Ale z ciebie gej", myślimy "Zabawny jesteś" a mówimy "Nie bądź taki mądry", myślimy "Mógłbyś mnie zaprosić na kolację" a mówimy "Dziś nie mogę jutro też nie, może w weekend?". Z kolei gdy pytamy mężczyznę "Kochanie, przytyłam?" on musi odpowiadać "Ależ skąd, chyba nawet trochę schudłaś!" albo "Dlaczego oglądasz się za tą blondynką?" "A wiesz, wydawało mi się, że to znajoma z pracy." Dlaczego oni muszą kłamać, aby nas nie urazić i sprawić nam przyjemność, a my mówimy co nam ślina na język przyniesie i zazwyczaj nie są to miłe rzeczy, bo przecież uwielbiamy robić z naszego misia nieporadnego bobaska, a nowo poznanemu misiowi z radością dajemy do zrozumienia, że nie ta liga? Ja się nie dziwię, że faceci mają dziś mentalność dziecka w wieku przedszkolnym, bo przy nas głupieją i dziczeją. I tak to jest: my fałszujemy prawdziwe uczucia, udajemy, piórka nastraszamy i jeszcze mamy pretensje do mężczyzn, że nas nie rozumieją . A wystarczyłoby aby zrozumieli, że każda kobieta nawet najsilniejsza i najbogatsza pragnie ciepła, troski, romantyzmu, szaleństwa, spontaniczności, wrażliwości, humoru, bezpieczeństwa, czułości, dobroci, wyrozumiałości, cierpliwości, wierności, opiekuńczości, dojrzałości, odpowiedzialności, zaradności i może jeszcze mądrości a co! Na szczęście istnieje takie słowo pozwalające wielu kobietom śnić, marzyć i bujać w obłokach, to słowo to WYJĄTEK.  Zyczę
Życzę każdej kobiecie odnalezienia, docenienia i pielęgnowania takiego Wyjątku.

czwartek, 22 września 2011

Królewna Jęczybuła.



Ostatni czas jest idealny dla Królowej Jęczybuły drzemiącej w każdej z nas, ba, nawet dla Króla Jęczybuły drzemiącego w każdym mężczyźnie. W końcu zaczęła się jesień - ulubiona pora roku dla tych, którzy uwielbiają słowa typu przesilenie, ciśnienie, ponuro, mdło, smutno, ciemno, zimno czy zdania: nie chce mi się, idę spać, nie podoba mi się, życie to porażka. To przejście między latem a jesienią to taki czas, gdy najtwardszy przeciwnik Jęczybuły zaczyna się jej poddawać i sam łapie się na tym, że chwilami denerwujący jest deszcz walący o parapet, że irytująca jest niewiedza jak się ubrać (no bo rano deszcze, a popołudniu juz piękne słońce), a wieczorami robi się smutno i sennie (a bo tak szybko ciemno za oknem).
A czy wy lubicie sobie czasem trochę pomarudzić?
A że za zimno a że za ciepło, za blisko za daleko, nie tak nie siak nie owak, zbyt ciemne zbyt jasne, za pstrokate, pasiaste, w kropki, to taniocha a to za drogie…
Oj, każdy chyba tak ma, Jęczybuła dosięgnie każdego, nawet zagorzałego optymistę. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że każdy uwielbia marudzić, ale ten każdy również nie cierrrrrpi marudzących. No bo czy nie jest tak, że gdy ktoś zaczyna marudzić to od razu czujemy się zniechęceni i w pewien sposób ta osoba kradnie nasze pozytywne nastawienie? Bo pewnie, że tak jest najlepiej - wyrzucić z siebie swoje wielkie żale i przerzucić swoje niezadowolenie i zniechęcenie na kogoś innego, nam jest lżej, ale osobie wysłuchującej tego udziela się nasz wisielczy nastrój...
Od dziś zabraniam marudzenia! Trzeba być optymistą i z uśmiechem patrzeć na świat, cieszyć się ze wszystkiego co mamy i korzystać jak najwięcej z życia! Nie wolno się poddawać, tylko do końca trzeba szukać rozwiązań, a jak coś się nie uda to nie można się zniechęcać tylko powoli godzić się z tym, że coś nie wyszło, trudno. Jutro będzie lepiej, a jak nie jutro to już niedługo na pewno!
Szukajmy pozytywów w każdej chwili swojego życia - jak jest jesień to trzeba cieszyć się najwspanialszymi kolorami w roku i szeleszczącymi liśćmi, zimą doceniać śniegi i świąteczne przysmaki (wiadomo), wiosną budzącą się do życia przyrodę a latem słońce. Starajmy się w każdym momencie naszego życia coś w nim docenić i za coś być wdzięcznym, a nie tylko wiecznie doszukujemy się co nam się w danym momencie nie podoba, co jest źle i co przeszkadza. A może by tak z taką samą zaciętością doszukać się tych rzeczy, które są w stanie poprawić nam humor i rozwiac ciemne chmury nad naszymi głowami?...
Zdaje mi się, że w ludzkiej naturze leży ciągłe doszukiwanie się problemów. Ja się tylko zastanawiam czy warto w taki sposób żyć… Jeszcze do niedawna miałam taką małą marudę w domu.
- Nie umiem.
- To się nauczysz.
- A jak się nie nauczę?
- No co ty, ty się nie nauczysz?
- Jestem beznadziejna…
A przecież wystarczy trochę wiary w siebie, swoje zdolności, w swoje mocne strony. Przyznam, że czasem i ja coś tam posmęcę, ale ogólnie staram się wychodzić z założenia, że jak nie dziś to jutro, jak jest za gorąco to przypominam sobie 524352 swetrów, szalików, czapek i kożuchów na ciele i te minusowe temperatury, śnieżyce i dygotanie na przystanku i od razu mi lepiej, to samo robię zimą, przypominam sobie duchotę, pot na plecach i bezskuteczne chłodzenie się wiatrakiem i jazdę tramwajem z przepoconymi ludźmi :-)...
Najlepszym sposobem na marudzenie jest właśnie wymyślanie gorszych sytuacji od tej, w której obecnie jesteśmy i stwierdzenie, że jednak nie jest tak najgorzej :-) To naprawdę pomaga, a jak ktoś ma dużą wyobraźnię to można tak zajść bardzo daleko :-) Obserwuję siebie i ludzi wokół i widzę, że szczęśliwiej się żyje będąc pozytywnym, naładowanym energią i mając pasje oraz cele. Ludzie weseli i odważni widzą świat bardziej kolorowy, więcej i intensywniej przeżywają, a na stare lata będą mieli dopiero co wspominać :-)
Życzę nam, wam, jemu, jej, im, wszystkim więcej radości, optymizmu, szaleństwa i spontaniczności, a mniej… oczywiście MARUDZENIA! Szczególnie w te jesienne dni, kiedy ta nieszczęsna Jęczybuła jest tak aktywna, nie dajcie się jej, kochani jesteście ponad to!

poniedziałek, 12 września 2011

Drogi Prezydencie Mojego Miasta!

Ja naprawdę rozumiem, że Miasto Moje się bardzo rozwija, cieszę się, że pieniążki inwestowane są w organizowanie nowych festiwali i że coraz więcej pięknych gmachów oraz biurowców jest stawianych. Ogromną radość sprawia mi widok przepięknych skwerków, fontann oraz alei kwiatowych. Moje oczy cieszą również ślicznie wyrestaurowane kościoły i ocieplone, kolorowe kamienice.
I już pomijam fakt, że właśnie wznosi się wielkie Centrum Handlowe kilka kroków dalej od innego już postawionego Centrum Handlowego.  I pominę też fakt, że niektóre obiekty co chwilę są przenoszone i przestawiane tak, że trudno się połapać w którym miejscu znajduje się w danej chwili np. Pleciuga Lalek czy Opera Na Zamku (która jak nazwa sugeruje powinna być Na Zamku, a jednak nie, od jakiegoś czasu jest to Opera Poza Zamkiem). I pominę jeszcze fakt, że nowe biurowce stawia się już w każdej wolnej luce, a ilość sypiących się, zapomnianych budynków jest zatrważająca.
Ale… Najdroższy Prezydencie czy to wszystko musi dziać się w jednym czasie? Czy naprawdę nagle wszystkie inwestycje muszą się budować teraz, nagle, natychmiast? Dlaczego o tych opuszczonych zapomnianych budynkach ktoś przypomniał sobie nagle w tej samej chwili? Dlaczego przez tyle lat nikogo nie obchodził stan naszych ulic i torów, a nagle w kilku strategicznych punktach miasta ktoś postanowił to załatać w jednym czasie? Dlaczego moje piękne miasto zamieniło się w istny labirynt, a na każdym rogu czekają niespodzianki: a tu zamknięta ulica, a tu nie jeździ tramwaj, a tu brak przejścia dla pieszych, a tu jakieś wykopaliska, a tu jakieś malowanko…
Czy zdaje Pan sobie sprawę Prezydencie, że aby dojechać do pracy muszę sobie zaserwować 3 przesiadki zamiast wsiąść w jeden tramwaj jak to zwykle kiedyś bywało i dojechać nim do celu? A czy wie Pan, że jadąc w jakieś miejsce samochodem trzeba uważnie śledzić żółte tabliczki sygnalizujące objazd, aby dojechać tuż tuż już blisko celu, przed którym pojawia się kolejna żółta tabliczka informująca o kolejnym objeździe i prowadząca zdezorientowanego pasażera w kółko? Panie Prezydencie, takie manewry w godzinach szczytu są naprawdę niebezpieczne i cóż tu dużo pisać… uczą niecierpliwych cierpliwości i wytrwałości! Pieszy mając do przejścia jedną ulicę musi obejść teraz 4 ulice, samochodem dojeżdża się w 30 minut do miejsca, gdzie w tym samym czasie doszło by się idąc a nie jadąc, a do pracy trzeba wyjść z dużym zapasem czasowym, aby dostosować połączenie autobus-tramwaj-autobus-cel, biorąc oczywiście poprawkę na fakt, że autobusy lubią się spóźniać (korki) a tramwaje lubią się psuć.
Pocieszam się jedynie faktem, że za parę lat, Moje Miasto będzie schludne, nowoczesne, odnowione, kolorowe, pełne biurowców, drapaczy chmur, wielkich gmachów, zieleni i pełne wspaniałych torowisk, po których podążać będą super-nowoczesne tramwaje oraz załatanych ulic, po których będą mknąć zakupione od naszych zachodnich sąsiadów kolorowe super-szybkie autobusy.
Ale to jeszcze kilka lat, bo to wizja przyszłości, dość dalekiej, bo jak głoszą plakaty to wizja roku 2050. A do tego czasu trzeba przyzwyczaić się do miasta-labiryntu i ćwiczyć naszą cierpliwość, która wystawiona zostanie jeszcze pewnie na wiele prób.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Kocham Cię Praco!

W mojej Firmie wdrażany jest od x lat tzw. „system oszczędnościowy”. Zaczęło się od grupowego zwalniania ludzi - wyrzucenia dorabiających emerytów i emerytów mogących już na spokojną emeryturkę odejść. Potem byli ochotnicy łasi na odprawę. Na końcu polecieli ci bez znajomości i rodziny w Firmie. Pierwsza oszczędność – mniej ludzi.
Druga oszczędność – mniej kasy. Kilka miesięcy bez premii i obiecanki-cacanki, że jak tylko w Firmie będzie lepiej zaległa premia zostanie wypłacona. Do dziś chyba nie jest lepiej.
Trzecia oszczędność – papier i tusz do drukarki. Swego czasu w tym celu była wielka akcja liczenia zużywalności miesięcznej papieru. Cały dzień mi zajęło wyliczanie mniej więcej dziennego, tygodniowego, wreszcie miesięcznego zużycia papieru do drukarki. Teraz miesiąc w miesiąc trzeba pisać oficjalne pismo z wykresami i tabelkami przedstawiającymi tendencję spadkową lub wzrostową zużywalności papieru. Do tego w każdym przypadku należy dołączyć wyjaśnienie dlaczego zużywalność wzrosła lub spadła.
Tusze do drukarki też trzeba oszczędzać. W żadnym piśmie nie można drukować pieczątek czy logo Firmy, najlepiej również, aby ze swoimi wypocinami zmieścić się na połówce strony, tak, aby kolejną połówkę można było jeszcze w przyszłości wykorzystać, do tego atrament musi być nastawiony na ok. 50% intensywności koloru, aby nie zużyć niepotrzebnie zbyt dużo tuszu.
Kolejna oszczędność – rozmowy telefoniczne, z Firmowego telefonu korzystać można tylko i wyłącznie w celach służbowych. Co miesiąc przychodzą bilingi i przy każdym wykonanym telefonie trzeba napisać kto, po co i dlaczego.
Następna oszczędność – artykuły papierniczo-piśmiennicze – teraz nie dostaje się długopisów, ale wkłady, ilość pisaków przypadających na pracownika jest ściśle określona, a kalkulatory, krzesła, pieczątki trzeba podpisywać imiennie, aby mieć pewność, że jak się przyjdzie do pracy to będzie gdzie i czym pracować. A jeśli zabraknie np. zszywek do zszywacza to owszem, można pójść do zaprzyjaźnionego działu, ale nigdy z pustymi rękoma, zawsze trzeba mieć coś na wymianę. Ostatnio największe wzięcie jako towar wymienny ma klej, papier do drukarki i taśma z Firmowym logo.
Szkoda tylko, że nikt nie chce oszczędzić naszego czasu, który tracimy podczas całego tego Wielkiego Oszczędzania dostosowując się do wszelkich norm oszczędzających i tworząc pół-stronicowe pisma bez logo udowadniające nasze oszczędnościowe poświęcenie dla Firmy.
Wszystko w celach oszczędnościowych, bo w Firmie dzieje się źle.
A ja myślę – gówno prawda. Gdyby działo się źle to co tydzień nie ukazywałby się pięknie wydawany magazyn pracowniczy, z okładki którego uśmiechają się coraz to nowsze zadowolone i obiecujące poprawę twarze. Gdyby źle się działo to nie przyjmowano by nowych pracowników, bratów ciotek żon swoich mężów. Nie podwyższano by pensji tym, co to najwięcej szczekają, a najmniej robią. Nie wydawano by pieniędzy na liczne pisma i ogłoszenia zastraszające i pouczające jak oszczędzać. Nie montowano by kolejnych kamer przy toaletach, oknach, windach. Nie zmieniano by nagle identyfikatorów na nowe, bardziej nowoczesne i nie organizowano by comiesięcznych imprez-bankietów dla tych Ważnych i Najważniejszych.
A ja proponowałabym inwestycję w poprawę warunków pracy, popracowanie nad atmosferą,  zmianę systemu motywacyjnego i zainwestowanie w ludzi, bo może gdyby pracownik odczuł poprawę i byłby szczęśliwszy, uśmiechnięty, optymistyczny, miły to i klient byłby bardziej zadowolony?
W końcu jaka płaca taka praca… ale co ja się denerwuję, mój dział i tak jest w likwidacji, a moje dumnie brzmiące stanowisko wkrótce przestanie istnieć… no bo przecież trzeba oszczędzać.

A na poprawę humoru:


poniedziałek, 25 lipca 2011

Kobiece postrzeganie kolorów.

Zawsze mi się wydawało, że świat jest zdecydowanie prostszy i mniej skomplikowany. Powoli dochodzę do wniosku, że to kobieta jest od tego utrudniania i komplikowania wszystkiego, co staje jej na drodze. Wiem wiem, coś słabo solidaryzuję się z jajnikami, chyba powoli zaczynam się jednoczyć z biednymi plemnikami... Bo czasem udaje mi się uskoczyć z tego damskiego kręgu adoracji i patrzę na wszystko z boku, jako czujny i obiektywny obserwator.
Kolory to tylko taki przykład, przenośnia w zasadzie… bo czyż nie było prościej, gdy była czerń biel zieleń niebieski czerwony żółty fioletowy pomarańczowy szary różowy granat bordo i brązowy np?
Nie, teraz jest malinowy brzoskwiniowy wrzosowy pistacjowy gołębi herbaciany śliwkowy czekoladowy waniliowy łososiowy burgundowy seledynowy turkusowy morski i jeszcze te wzniosłe połączenia "błękit lazurowy" „zgniła zieleń” „lila-róż” „czerwień żelazowa” "zieleń malachitowa" „finezyjne barwy dyniowe” (z nutką dekadencji kuźwa).
Czy tylko ja idąc do drogerii po zwykłą farbę do włosów stoję przy pólkach pół dnia i mimo to wychodzę z pustymi rękoma? Bo czasem to rzeczywiście jest problem wybrać między "Cynamonowy ciepły brąz", "Złota świetlista czekolada" czy "Kasztan opalizująco-Mahoniowy"... te wszystkie nazwy tak pięknie i zachęcająco brzmią, a mnie wystarczyłby "Mahoń" lub sam "Kasztan", nie potrzebna mi do szczęścia wiedza, że kolor jest świetlisty, złocisty czy miodowy.
Kochane kobietki a czy nie wydaje wam się, że kolor ecre, kremowy, waniliowy, kości słoniowej i np. mleczny to jedno i to samo?
I te dyskusje czy bluzka ma odcień śliwki dojrzałej czy nie dojrzałej czy w pół dojrzałej, ko-bie-to JEST KURWA PO PROSTU RÓŻOWA!
Słucham tych jakże mądrych i zajmujących dyskusji i myślę, że komplikujemy w ten sposób wszystko. Jesteśmy mistrzyniami komplikacji: uczuć, myśli, słów, zdarzeń. Nam się wydaje, że to urozmaicenie i nadawanie większego sensu, że dzięki temu nasze życie jest bardziej „kolorowe”, a tak naprawdę to chyba powód większości nieporozumień, kłótni, dyskusji, bo każda sfera naszego życia rozrosła się do maksimum – nie jest prosto i przejrzyście, ale skomplikowanie. W miłości doszukujemy się dziur, myślimy co innego niż mówimy, a w czynach jesteśmy nieprzewidywalne dla samych siebie niekiedy.
A najtrudniej to chyba mają mężczyźni. Bo zaspokoić i zrozumieć kobietę, która z koloru swojej bluzki potrafi uczynić dylemat dnia, to nie lada zadanie (wyzwanie), więc lepiej przemilczeć, ulec i przytaknąć.  

Tekst napisałam zainspirowana "dyskusją" z Firmową Lafiryndą, która po moim jakże szczerym komplemencie "Ale masz ładną różową bluzeczkę", odwarknęła "Zamknij się." No bo przecież to nie RÓŻ a MALINA! Ups... ale fo pa ;-)

środa, 29 czerwca 2011

Magia w domu, czyli złośliwość rzeczy martwych.

Zastanawiam się czy ta magia tworzy się tylko w moim ognisku domowym, czy może tak samo magicznie jest w innych domach. Czy u was też panują tak niewyjaśnione zjawiska jak „znikające sztućce”, „znikające gumki”, „znikające długopisy”? Mnie to wciąż zaskakuje, bo ile bym nie miała łyżek, łyżeczek, widelcy (widelców?) czy noży, co jakiś czas zauważam, że jest ich coraz mniej, aż dochodzi do momentu, kiedy nie ma czym zjeść zupy czy posmarować chleba. Sztućce znikają niepostrzeżenie i w tak sprytny sposób, że ich zniknięcie lub po prostu pomniejszenie się ich ilości dostrzegamy dopiero w momencie, kiedy najbardziej ich potrzebujemy– impreza, goście goście, święta.
To samo tyczy się gumek, spinek i innych małych pierdolników do włosów – ZNIKAJĄ!!! Ile bym nie kupiła, w ile bym się nie zaopatrzyła, zawsze muszę ich szukać! Wtedy zaczyna się grzebanie po kieszeniach i sprawdzanie pod poduszkami czy w koszyczkach – w ostateczności w torebce, jednak zawsze ale to zawsze świeżo zakupione gumki po paru dniach znikają i trzeba nieźle się napocić aby je znaleźć (czasem zdarza się, że przy takim gumkowym szukaniu znajduje się gumki z poprzednich gumkowych zakupów – a to niespodzianka!).
Kolejne domowe niewyjaśnione zniknięcia to długopisy i wszelkie przybory służące do pisania – czy nie jest tak, że zawsze gdy potrzebujemy szybko coś zanotować to jak na złość wszystkie piszące przybory akurat nie znajdują się tam gdzie jest ich miejsce? A co gorsze, często okazuje się, że w ogóle nie znajdują się nigdzie! Ile to ja już przytargałam pisadeł z pracy i wkładów i pisaków – i zawsze z nastawieniem, że tym razem nie pozwolę im zniknąć – chyba nie muszę pisać jak to się zazwyczaj kończy…
Są jeszcze znikające skarpetki. Wkładamy do pralki parę skarpetek, a potem wyciągamy i jest jedna od pary, a ile to w szufladzie jest takich pojedynczych egzemplarzy, no bo przecież może ta druga się jeszcze znajdzie i tak trzyma się zapas pojedynczych skarpet, aż w końcu zajmują nam połowę szuflady.
Jest w domu wiele takich rzeczy, które też się chowają i złośliwie podśmiechują z nas. Bo na pewno nie raz zdarzyło wam się szukać czegoś, czegokolwiek, butów, jakieś określonej kreacji na wieczór, kosmetyków czy legginsów na Halloween, przewracacie dom do góry nogami, szukając tej jednej jedynej rzeczy, zaglądacie w najciemniejsze zakamarki pokoju i nic – zniknęła, schowała się! A potem w najmniej spodziewanym momencie kiedy już tej rzeczy nie potrzebujemy nagle się znajduje zupełnie nieoczekiwanie i co z nią robimy? Oczywiście chowamy w tak charakterystyczne miejsce, o którym na pewno będziemy pamiętać przy kolejnych poszukiwaniach (ale wiemy doskonale jak to się zazwyczaj kończy).
Może macie więcej takich magicznych i paranormalnych sytuacji w domu, jeśli tak to dzielcie się swoimi historiami i przeżyciami:) Ja od siebie mogę jeszcze tylko zaproponować posprzątanie pod łóżkiem, pod i za meblami – wierzcie mi – mamy tam prawdziwe skarby i istne biuro rzeczy znalezionych:)