Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

Książkowy zawrót głowy GRUDZIEŃ 2011.

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson.
Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika bez śladu. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist - dziennikarz i wydawca magazynu "Millennium" otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera - magnata przemysłowego, stojącego na czele wielkiego koncernu. Ten prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania skomplikowanej zagadki. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, rezygnuje z obowiązków zawodowych i podejmuje się niezwykłego zlecenia. Po pewnym czasie dołącza do niego Lisbeth Salander - młoda, intrygująca outsiderka i genialna researcherka. Wspólnie szybko wpadają na trop mrocznej i krwawej historii rodzinnej.
Jestem rozczarowana. Rzeczywiście, czasem nie warto słuchać wcześniejszych opinii a raczej zachwytów dot. danej książki. Dłużyło się, to prawda, że książkę można było odchudzić o połowę. Poza tym wielka tajemnica zaginięcia Harriett była dla mnie oczywista prawie od samego początku, więc na końcu nie doznałam szoku ani zaskoczenia. Chwilami strasznie się dłużyło, pewnie specjalnie, aby dłużej przetrzymać czytelnika w niepewności, co z tego jak co chwila ziewałam i przeskakiwałam po literkach znużona. Ogólnie uważam, że książka jest dobrze napisana, bohaterzy ciekawie zarysowani, bardzo polubiłam Mikaela, ale Lisbeth... chyba Stiega Larssona wyobraźnia poniosła aż za bardzo. Ale mimo rozczarowania postanowiłam skończyć Trylogię Millenium.

"Pokój" Emma Donoghue.
Wyobraź sobie, że ktoś zamyka cię w niewielkim pokoju z małym dzieckiem!
Od dziś będziesz w nim spędzać dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu! Przez kolejne siedem lat!
Dla pięcioletniego Jacka Pokój jest całym światem. To tu się urodził, to tu bawi się i uczy ze swoją mamą. Na noc mama układa go do snu bezpiecznie w szafie na wypadek, gdyby przyszedł Stary Nick.
Dla Jacka Pokój jest domem, dla jego Mamy więzieniem, w którym została zamknięta przed siedmioma laty. Dzięki ogromnej determinacji, pomysłowości i bezgranicznej matczynej miłości udało jej się stworzyć dla synka namiastkę normalności. Niestety ciekawość chłopca rośnie z wiekiem i Mama zdaje sobie sprawę, że Pokój nie wystarczy mu na długo…
Do ostatniej strony nie mogłam przestać myślec jak to jest możliwe, że dorosła kobieta potrafi w tak naturalny sposób opowiedzieć trudną historię wcielając się w ciało i umysł 5letniego chłopca. A jednak Emmie Donoghue się ta sztuka udała. Ta historia sprowadzona do poziomu małego chłopca staje się jeszcze bardziej przerażająca. Bo dostrzegamy okrutną rzeczywistość oczami chłopca, chłopca urodzonego w niewoli i spędzającego w niewoli dzieciństwo. Dla tego dziecka istnieje tylko Pokój, życie poza nim jest wymyślone i nie realne. Ta książka chwyta za serce, ten skurczony świat małego chłopca wprost wprawia w osłupienie.
Książka nie jest łatwa w czytaniu nie tyle z powodu tak ciężkiej tematyki, ale również z powodu napisania jej przez 5letnie dziecko. Choć to przecież jej urok. Dzięki temu straszna historia jest szczera i niewinna.

"Długi wrześniowy weekend" Joyce Maynard.
Joyce Maynard stworzyła niebanalną historię 13-letniego chłopca i jego matki, których życie radykalnie się zmienia wraz z pojawieniem się w nim tajemniczego mężczyzny. Zbiegły skazaniec, oskarżony za morderstwa, których jakoby nie popełnił, nawiązuje ze swoimi zakładnikami szczególną więź.
Baaaardzo szybko się ją czyta. Jest lekka nie tylko w trzymaniu, ale i w czytaniu. Jeśli jednak głębiej się w niej zanurzyć to porusza bardzo ciężki przypadek rodziny rozbitej i rodzica cierpiącego na głęboką depresję. Przeszłość bohaterów kryją makabryczne i ciężkie przeżycia. Trudno po czymś takim być znów normalnym i beztroskim. Bardzo dobrze napisana książka, przyznam, że na koniec zaszkliły mi się oczy. Polecam, bo nie dłuży się i można przeczytać w jeden dzień.

"Biała wilczyca" Theresa Revay.
Jest rok 1917. Ksenia, piętnastoletnia Rosjanka, traci rodziców i ucieka z bolszewickiego Piotrogrodu do Paryża. Spotkanie z Maxem, czarującym, niemieckim fotografem odmieni życie obojga na zawsze.
Ta niezapomniana, wielowątkowa historia miłosna rozgrywa się na tle zdarzeń I połowy XX wieku. Czytelnik znajdzie tu grozę rosyjskiej rewolucji i luksus paryskiego „wielkiego świata”, szaloną dekadencję Berlina i narastający koszmar hitleryzmu.

Ta książka nie od razu mnie zachwyciła. Na początku czytałam porównując główną bohaterkę do Scarlett O'Hary i wydawało mi się, że autorka na siłę chce, aby postać Ksenii właśnie upodobniła się do Scarlett. Również początkowo zupełnie nie przekonała mnie miłość głównych bohaterów. Ale muszę przyznać, że czas wojen I i II są tutaj tak wyraźnie zarysowane i tak pięknie opisane ludzkie cierpienie w tych trudnych momentach, że książka momentalnie zyskuje koloryt. W pewnym momencie nie mogłam się od niej zwyczajnie oderwać. Ta książka w bardzo prosty sposób uświadamia, a II wojna światowa jest pokazana oczami młodej emigrantki, Niemca będącego przeciwnikiem ruchu nazistowskiego oraz Żydówki mieszkającej na terenie Niemiec. Końcówka książki bardzo poruszająca. Naprawdę aż trudno uwierzyć że ludzie żyjący w tych czasach musieli aż tyle znieść i przeżyć, no i oczywiście jak trudno uwierzyć, że "ludzie ludziom zgotowali ten los".
Biorę się za kontynuację.

"Miasto ślepców" Jose Saramago.
Pewnego dnia na nienazwane miasto w nienazwanym kraju spada epidemia białej ślepoty. Bez ostrzeżenia dotyka ludzi zajętych zwykłymi, codziennymi sprawami, nie oszczędzając nikogo - starców, dzieci, kobiet, mężczyzn, osób prawych i z prawością mających niewiele wspólnego, słabych i silnych.
Władze w pośpiechu zamykają pierwszą grupę w nieczynnym szpitalu psychiatrycznym.
Z dnia na dzień ta zamknięta społeczność zaczyna się rządzić własnymi, twardymi prawami, które szybko wyznaczają role ofiar i oprawców, poddanych i panów. I tylko jedna osoba wie, że nie wszyscy są ślepi.

„Miasto ślepców” to trudna książka. Nie tylko rudny temat i skomplikowana analiza relacji międzyludzkich, ale również w trudny sposób napisana. A jednocześnie intrygujący. Książka wciąga od pierwszych słów „Jestem ślepy, jestem ślepy” czyli gdzieś tak od połowy strony. Chwilami przerażająca, chwila okrutna, chwilami wzruszająca. A Jose Saramago opisuje to wszystko bez emocji, po prostu staje się kronikarzem, zdaje nam relację a robi to bez żadnych oporów. Przedstawia nam świat ślepców bez ubarwień.
Uwielbiam książki, które zmuszają do myślenia i refleksji, ta książka właśnie taka jest. Po jej przeczytaniu nie tylko jestem zachwycona żywą ręką pisarza i jego wspaniałą umiejętnością przedstawienia tak obcego dla nas wszystkich świata, ale jestem też przerażona realnością tej książki. Wszystko jest w niej prawdziwe. A na naszą szczegółową analizę zasługują zachowania ludzi, którzy powoli zamieniają się w zwierzęta. Bo to książka właśnie o nas wszystkich i nie udawajmy, że to nas nie dotyczy.

wtorek, 31 stycznia 2012

Książkowy zawrót głowy LISTOPAD 2011.

"Długa droga w dół" Nick Hornby.
Sylwester na dachu wieżowca Domu Skoczka, najbardziej popularnego wśród samobójców miejsca w Londynie północnym. Czworo obcych sobie ludzi odkryje, że skończenie z samym sobą nie jest wcale aktem tak osobistym i prywatnym, jak wcześniej sądzili.
Martin Sharp to popularny prezenter telewizji śniadaniowej, który miał wszystko – dzieci, żonę, karierę – i wszystko stracił, wikłając się w bezmyślny romans z piętnastolatką.
Maureen ma dziewiętnastoletniego syna-roślinę, niewiele pieniędzy i od 19 lat nie była na wakacjach.
Jess to zbuntowana osiemnastolatka, której unika chłopak, a rodzice nie rozumieją.
I jeszcze JJ – niespełniony muzyk ze Stanów Zjednoczonych, który pracuje w Londynie jako dostawca pizzy.
Czworo nie znanych sobie ludzi, przekonanych o swej absolutnej samotności i zdecydowanych na śmierć, na dachu wieżowca zaczyna dzielić się pizzą i … swoimi problemami. Czy zdecydują się na skok?
Zanim się o tym przekonasz, zwariowane perypetie bohaterów powieści rozbawią Cię do łez. Nick Hornby jak zwykle mistrzowsko łączy to co, smutne z tym, co zabawne.
Na początku ta książka wciąga. Bohater już w pierwszym zdaniu ujawnia chęć popełnienia samobójstwa i wyjawia nam swoje powody. Książka jest napisana lekko i z humorem, przy pierwszych stronach uśmiech nie znikał z mojej twarzy, a nawet chwilami zdarzało mi się wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Tak jest na początku, bo po pewnym czasie ten humor zaczyna męczyć, a siarczyste przekleństwa rażą i choć w niektórych miejscach są potrzebne do rozbawienia czytelnika to jednak w większości powodują niesmak. Podoba mi się sposób napisania książki. Są tutaj relacje 4 różnych osób, podoba mi się jak autor wciela się w te bardzo różne postacie i jak gładko opisuje ich splatające się losy. Książka żadna rewelacja i czy poleciłabym ją przyszłemu samobójcy? Chyba tak, choćby ze względu na teorię 90 dni.
"Prawie za każdym razem korner stwierdza to samo: "Targnął się na życie w chwili zaburzenia równwagi umysłowej". Po czym następuje historia takiego biedaka: żona sypiała z jego najlepszym przyjacielem, stracił pracę kilka miesięcy wcześniej, jego córka zginęła w wypadku... Hejże, panie koroner! Przykro mi, mój drogi, ale tu nie ma żadnego zaburzenia równowagi umysłowej. Według mnie zrobił, co należało. (...)
Czy koroner nie powinien raczej pisać: "Targnął się na życie po trzeźwym i rozsądnym przemyśleniu francowatego bagna, jakim się to życie stało?"
(frag. książki)

"Ścigane" Kim Wozencraft.
Diane została wrobiona. Trafiła do więzienia za posiadanie dużej ilości kokainy. W jednym momencie zawaliła się świetnie zapowiadająca się kariera policjantki na surowej teksańskiej  prowincji. Proces okazał się zakłamaną formalnością. Wkrótce Diane trafia do więzienia, gdzie spotyka Gail skazaną za polityczny radykalizm i przechowywanie broni. Wspólny pobyt w celi owocuje planem ucieczki.
Dobra sensacja, choć przyznam, że na początku ta książka może znudzić. Jednak w pewnym momencie zaczyna się akcja, która nie ustaje prawie do samego końca. Polecam jako odskocznię. Podobno też przy bohaterkach tej książki Thelma i Luise to grzeczne dziewczynki... no cóż, nie zapędzałabym się jednak aż tak daleko. Choć przyznam szczerze, że na dłuższy czas utknęłam na 80 stronie i ani rusz dalej, zmotywowała mnie dopiero wiadomość, że książka zostanie sfilmowana a w rolę bohaterek wcielą się Jennifer Aniston i Maryl Streep. To może być ciekawe.

"Na progu" Patrick Senecal.
Nazywa się Thomas Roy i jest najbardziej podziwianym pisarzem w całym Quebeku. Każda premiera jego nowej powieści to wielkie wydarzenie. Pewnego dnia pisarz trafia do szpitala psychiatrycznego, straszliwie oklaleczony, w stanie katatonii. Próba morderstwa czy nieudane samobójstwo?
Świetny horror. Podobno Patrick Senecal jest kanadyjskim odpowiednikiem Stephena Kinga. Ja bym jednak nie posuwa się tak daleko. Jeśli ktoś lubi horrory, tajemnice i zjawiska niewyjaśnione to z pewnością „Na progu” będzie fantastycznym odpoczynkiem od mistrzowskiego pióra Kinga. Najlepszą rekomendacją tej książki jest fakt, że przeczytałam ją w jeden dzień. Ale również fakt moich koszmarów sennych przez kolejne dwie noce. Jeśli ktoś ma dużą wyobraźnię to na pewno ‘Na progu” będzie dla niego niezapomnianą przygodą.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!

Od pewnego czasu trwa ogólnopolska kampania „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”. Zawrzało. Akcja chcąc nie chcąc wprowadziła istną burzę wśród zawziętych czytelników. Jedni są akcją zachwyceni, inni oburzeni. Bo czy czytanie jest sexy? Czy można i czy powinno sprowadzać się czytanie właśnie do seksu?
Jedno jest pewne – akcja odniosła pewien cel, zapewne cel, który chciano osiągnąć – o tym się mówi. Kampanię wspierają znane postacie (m.in. Kazimiera Szczuka i Anna Laszuk), które pozują do zdjęć w swoich łóżkach z książką w ręku. Bardzo… subtelne.
Osobiście jestem otwarta na wszelkiego rodzaje kampanie. Tym bardziej, że takie akcje tworzą ludzie, którzy czytać kochają i w ten sposób starają się namówić innych do tego samego. Tylko proszę zastanówmy się, czy można kogoś zmusić do czytania? Ja należę do grupy czytającej, ale czy dzięki temu czuję się lepsza?  Czy jest to coś co powinno się reklamować i do czego powinno się usilnie kogoś namawiać?
Moim zdaniem czytanie nie jest sexy i szczerze to nie podoba mi się promowanie czytania w taki sposób. A najbardziej irytuje mnie fakt, że ostatnio wszystko co promowane jest seksem odnosi sukces. Seks = gwarancja osiągnięcia celu. Ludzie, którzy czytają są interesujący i pociągający, wzbudzają ciekawość. Ale mnie osobiście nie podniecają. Fakt, że widzę mężczyznę z książką w ręku w tramwaju nie świadczy o tym, że mam ochotę wytargać go z tramwaju i zabrać z sobą do sypialni. Jedyne co w takiej sytuacji to mogę zerknąć co ten mężczyzna czyta i w ten sposób wyrobić sobie na jego temat opinię.
Mam bardzo różnych znajomych, jedni dużo czytają inni wcale, ale wielkiej różnicy między nami nie dostrzegam, z każdym można o wielu rzeczach porozmawiać, bo każdy ma po prostu inne hobby. Jeśli rozmawiam z osobą nie czytającą to opowiadam jej o książce, która zrobiła na mnie wrażenie, a ta osoba z kolei odwdzięcza mi się aktualnościami z dziedziny sportu, którym się pasjonuje. A z osobą czytającą mogę po prostu nie tylko podyskutować o książce, ale również ją polecić. I absolutnie nie przeszkadza mi, że ktoś nie czyta, pamiętajmy, że ludzie są różni i tak jak ktoś nie może nas zmusić do zainteresowania się np. florystyką tak my nie powinniśmy innych zmuszać do czytania.
I właśnie ja nie namawiam moich znajomych do czytania, jedynie oczekuję od nich, że wysłuchają mnie, gdy jakaś książka mnie poruszy i czasem zdarza się, że moja opowieść porusza również ich na tyle, że tą książkę ode mnie pożyczają. Możemy się po prostu zarażać naszymi pasjami. Oni również nie namawiają mnie do uprawiania joggingu, interesowania się piłką nożną i uczenia się jak samemu wyremontować swój dom. Każdy ma inne hobby i musimy to uszanować.
I nie uważam się za kogoś lepszego będąc tą czytającą, tym bardziej, że aby powiesić półkę dzwonię po kolegę, a gdy więdnie mi kwiat to proszę o pomoc koleżankę.
Owszem, książki rozwijają i mnie również w dużym stopniu pomogły, ale tak naprawdę miłośnik joggingu może powiedzieć, że tak jak czytanie wspomaga umiejętność jasnego konstruowania myśli tak jogging poprawia kondycję oraz ma pozytywny wpływ na zdrowie, majsterkowicz powie, że jego roboty to arcydzieła i uczą precyzji, a florysta wspomni, że układanie bukietów kształtuje wyobraźnię i uczy cierpliwości. Jeśli lubimy czytać to szczyćmy się tym, ale nie możemy uważać, że każdy osobnik nie czytający ma problem z wysławianiem się, z pisaniem czy z prowadzeniem dyskusji (bo zazwyczaj tak są postrzegane osoby nie czytające w gronie tych czytających).
I właśnie ta akcja wywołała mnóstwo kontrowersji – w Internecie, w telewizji, w prasie. A obok słów zachwytu „wspaniałe” „przekonywujące” „rewelacyjne” znajdują się również słowa antagonistów „żenujące” „niesmaczne” „płytkie”. Ja nie należę do żadnej grupy. Szanuję ludzi, którzy mają odwagę i tworzą takie kampanie, promują swoje własne zainteresowania, dzielą się tym z innymi. Ale nie zapominajmy, że czytanie to hobby jak każde inne i nie czujmy się lepsi od reszty, nie wywyższajmy się, bo każde hobby rozwija w inny sposób, więc my z całą pewnością również mamy pewne braki.

wtorek, 27 grudnia 2011

Książkowy zawrót głowy PAŹDZIERNIK 2011.

"Grand avenue" Joy Fielding.
Przez całe lata Chris, Barbara, Susan i Vicki przyjaźniły się, wspólnie stawiając czoło codziennym problemom. Dziś jedna z nich siedzi samotnie i zastanawia się, gdzie popełniły błąd i dlaczego marzenia przerodziły się w koszmary, przyjaźń wygasła, a szczęśliwe życie rozsypało się w proch. Po przeczytaniu książki "Szepty i kłamstwa" owej autorki obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie sięgnę po jej tytuły. A jednak, postanowiłam dać Joy Fielding szansę na to, aby mnie udobruchała i zatarła złe wrażenie. Czy się udało? A owszem i to z nawiązką! To naprawdę bardzo dobra pozycja i nie bez powodu autorka okrzynięta została mistrzynią rodzinnego piekła. Bohaterowie, a właściwie bohaterki i ich losy są tak znakomicie zakreślone, że każdą ich przygodę przeżywa się wraz z nimi, czasem zapiera dech w piersiach, nieraz powoduje kręcenie z niedowierzaniem głową, a chwilami otwiera czytelnikowi buzię ze zdziwienia.
Książka opisuje losy 4 przyjaciółek, jednak już na wstępie dowiadujemy się, że jedna z nich zginie, a inna się od nich odsunie. Kiedy zaczyna się czytać wciąż powraca pytanie "która?" i choć chciałoby sie zatrzymać wszystkie bohaterki żywe i przy sobie to jednak w końcu trzeba będzie kogoś pożegnać.
Książka bardzo przejmująca, ale również prawdziwa i co ważne, napisana tak żywym językiem, że mam wrażenie, że czytałam o losach swoich przyjaciół.

"Kochanica Francuza" John Fowles.
Fascynująca opowieść o miłości zakazanej w realiach wiktoriańskiej Anglii. Jedna z najgłośniejszych książek Fowlesa. Banalna z pozoru historia romansu arystokraty, który porzuciwszy narzeczoną, wiąże się z kobietą wątpliwej reputacji, niepostrzeżenie zmienia się w hipnotyzującą wręcz opowieść o miłości zakazanej, łamiącej społeczne normy i tabu.
Nudy, nudy, nudy. Sięgnęłam po tą powieść prawie że pewna o jej cudowności. Głośny tytuł, losy bohaterów zekranizowane, a na forach opinie w większości rozpływające się. A tu takie rozczarowanie, że aż doczytałam książkę do końca (mimo wielkiego trudu) mając nadzieję, że te ostatnie strony zmienią moje nastawienie do całokształtu. Niestety, choć bardzo się starałam to nie znalazłam w tej książce nic pięknego ani uroczego. I mimo, że John Fowles bardzo się starał (bo i język bardzo lekki i czasy wiktoriańskie szczegółowo zarysowane) to ja w tą miłość nie uwierzyłam, między głównymi bohaterami nie wyczułam ani odrobinę chemii i energii, tak potrzebnej przy pisaniu burzliwych romansów.
Wstęp, rozwinięcie i przede wszystkim zakończenie bez rewelacji.

"Piasek w butach" Elin Hilderbrand.
Wzruszająca powieść obyczajowa o sile kobiecej przyjaźni, pomagającej przetrwać trudne życiowe momenty, z akcją nad morzem podczas wakacji. Vicki, matka dwóch małych chłopców, jest poważnie chora. Jej siostra Brenda straciła właśnie pracę za romans ze studentem. Ich przyjaciółka Melanie jest w wymarzonej ciąży, lecz odkryła, że mąż ją zdradza. Wspólne lato nie zapowiada się więc wesoło. I wówczas pojawia się Josh: dwudziestolatek z sąsiedztwa, który sprawia, że ich życie nabiera nowych barw, a kłopoty wydają się do pokonania...
Książka bardzo poprawna, jednak wciąga dopiero gdzieś w połowie. Czuć w tej książce lato, słońce, morze, piasek... idealna na plażę, niestety niekoniecznie na jesień (jak w moim przypadku). I rzeczywiście jest to powieść słodko-gorzka, jednak po przeczytaniu zostaje już tylko jedno wrażenie, a mianowicie, że pointa jest zbyt słodka/gorzka (nie zdradzę, który wariant, aby nie psuć efektu końcowego).

piątek, 25 listopada 2011

Niezawinione śmierci.

W 1988 roku na autostradzie w Oregonie zdarzył się tragiczny wypadek. Pewien farmer akurat wypalał pobliskie pola, kiedy wiatr zmienił kierunek i czarny dym zasnuł całą autostradę. W jednej chwili pasażerowie jadący autostradą mogli zobaczyć nie więcej jak przód maski swojego samochodu. Tego dnia na autostradzie panował tłok. Jeden z samochodów jechał pomiędzy dwoma wielkimi ciężarówkami. Nagle ciężarówka z tyłu wjechała na samochód, wybuchnął zbiornik paliwa, a uwięziona w samochodzie rodzina – małżeństwo i dwójka dzieci – spalili się żywcem. Ich ciała były tak zwęglone, że nie można było dokonać identyfikacji. Osobami w samochodzie była córka Williama Whartona, a także jego zięć oraz dwie wnuczki.
To nie jest recenzja, ponieważ nie potrafię recenzować czyjegoś bólu. Ale będzie to refleksja, bo ta książka na pewno daje do myślenia. William Wharton nie jest moim ulubieńcem, zachwycił mnie tylko „Ptaśkiem”, ale gdy dowiedziałam się, że w tak tragicznym wypadku stracił część swojej rodziny, a potem rozprawił się z tym w swojej książce postanowiłam się nią zainteresować. Autor widocznie potrzebował w pewien sposób zrzucić z siebie ciężar swojej przeszłości. Tym sposobem było napisanie książki „Niezawinione śmierci”. Wharton podzielił książkę na dwie części. W jednej wcielił się w postać swojej córki Kate, opisał jej życie oraz… śmierć. Tak, autor z całych sił starał się wyobrazić sobie ostatnie chwile swojej córki i opowiedział je w tej książce, a oto jak je przedstawił:

„Wyprzedzają nas samochody terenowe z olbrzymimi kołami sięgającymi dachu naszej furgonetki. Przed nami widzę coś, co wygląda jak żółta wstęga przecinająca w poprzek autostradę.
— Co to takiego, Bert?
— To właśnie to, o czym ci mówiłem. Palą ścierniska, a dym znosi nad drogę. To może być niebezpieczne.
Próbujemy zwolnić, ale inna osiemnastokołowa ciężarówka jest tuż za nami i prawie nam wjeżdża w tylny zderzak. Bert chce zmienić pas, ale nic z tego. Kolejny osiemnastokołowiec pędzi obok nas, a z drugiej strony jest tylko miękkie pobocze. Bert podkręca okno, żeby dym nie dostał się do środka. Włącza światła.
Najpierw powietrze robi się żółte, potem bursztynowe, a w końcu ciemnobure. Oglądam się do tyłu, żeby zobaczyć, co z dziećmi, ale widzę tylko tę olbrzymią, osiemnastokołową ciężarówkę, przylepioną do naszego zderzaka; właśnie zapaliła światła. Odwracam się — przez przednią szybę teraz już nic nie widać. Jest ciemno jak w tunelu. Bert dusi kilka razy na hamulec, chcąc dać znak ciężarówce za nami, żeby zwolniła. W tym momencie uderzamy, niezbyt mocno, w samochód jadący przed nami, po czym Bertowi udaje się zatrzymać furgonetkę. Ułamek sekundy później słyszę straszliwy chrzęst, niewiarygodny hałas, po którym następuje potężny wstrząs od uderzenia w tył furgonetki. Obracam się do dzieci i słyszę ich krzyk.
Nic już nie możemy zrobić.”

W drugiej części z kolei narratorem jest sam Wharton, opisuje on ból po stracie bliskich osób, sposób radzenia sobie z tą rozpaczą, a także… usilne próby znalezienia winnego. Pisarz opowiada o swoich nieudolnych próbach postawienia kogoś przed sądem i skazania go, może myślał, że w ten sposób odzyska spokój po tej rodzinnej tragedii?
Ta książka, ta historia, ten ludzki dramat, te niezawinione śmierci popychają jednak do myślenia. Bo w takim miejscu może znaleźć się każdy z nas albo ktoś blisko nas. Możemy być nie wiem jak ostrożni, ale są chwile kiedy po prostu znajdziemy się w nieodpowiednim czasie i miejscu. Myślę, że wielu nas miało już takie chwile grozy. Czy to na drodze, kiedy szaleniec z przeciwnego pasa postanowił wyprzedzić samochód, niezbyt dokładnie wymierzając naszą prędkość i w ostatniej chwili odbijając na swój pas. Czy to w czasie ogromnej mgły kiedy dla niektórych kierowców ważniejszy jest pośpiech niż własne życie. Czy w czasie ulewy, oberwania chmury kiedy to zamiast zatrzymać się, prujemy przed siebie mimo, że wycieraczki nie nadążają za spadającym deszczem. Takich chwil można kilka ze swojego życia wygrzebać i przyznajcie, że i w was drzemie czasami taki spieszący się szaleniec nie zważający na przykre  konsekwencje, wtedy się myśli „A co takiego może się stać?”
Ta historia uświadamia. I dzięki niej z wielką mocą dociera do człowieka jakie życie jest ulotne i jak w jednej chwili można stracić życie swoje lub życie bliskiego. Dlatego starajmy się czerpać jak najwięcej z tych chwil spędzonych z ukochanymi, aby później nie żałować straconych sekund, minut, godzin. Po prostu żyjmy obok lub z kimś, ale żyjmy i kochajmy tak, aby w przyszłości niczego nie żałować.

piątek, 18 listopada 2011

Thrillerowa uczta.

Ostatnimi czasy posilam swoje komórki mózgowe przede wszystkim książkami typu thriller/sensacja. Oczywiście nie tylko nimi, bo trzeba jednak zachować równowagę, ale co druga książka jest właśnie z tego gatunku. Wybrałam więc kilka najciekawszych tytułów i zrobiłam swój osobisty ranking thrillerów przeczytanych w ostatnich miesiącach. Zacznę od miejsca ostatniego :-)

6. "Dotyk zła" Alex Kava.
W małym miasteczku doszło do strasznych zbrodni - w brutalny sposób zamordowano kilku chłopców, a o ich zabicie posądzono Ronalda Jeffreysa, który zostaje skazany na karę śmierci. Sprawy komplikują się kiedy po jego śmierci w ten sam sposób ginie kolejny chłopiec. Morderca zabija z zaświatów czy pojawił sie doskonały naśladowca? Na to pytanie starają się odpowiedzieć szeryf Nick Morrelli oraz agentka Maggie O'Dell. 
Prolog zapowiada prawdziwą ucztę dla thrillomaniaków. Jednak im dalej brnie się w tą powieść tym większe rozczarowanie. Owszem, jest wciągająco i trudno w połowie odłożyć tą książkę, nawet jeśli jest się nie do końca usatysfakcjonowanym, ale brakuje tutaj pewnej energii. Wszystko jest przewidywalne, zbrodniarza można bardzo szybko zidentyfikować, główni bohaterowie są skopiowani z wielu innych książek tego gatunku, z którymi miałam już wczesniej do czynienia. Zawsze ten sam schemat. Przystojny casanova szeryf/agent/porucznik oraz piękna agentka/ofiara z trudną przeszłością. Oczywiście ta dwójka pała do siebie ognistym uczuciem, przed którym uciekają i nie chcą mu się poddać. Czyż nie jest tak w każdej książce z gatunku thriller/thriller psychologiczny?
Ta książka jest dla mnie rozczarowaniem, fatalni bohaterowie i bardzo słabo poprowadzona fabuła, choć sam temat ciekawy. A końcówka... no cóż, w zasadzie czytałam tą książkę do końca, ponieważ ciekawa byłam zakończenia, a kiedy poznałam zakończenie pożałowałam tej mojej ciekawości, trzeba było zrezygnować z czytania w połowie, niestety dla mnie książka przeciętna.

5. "Niewinny" Harlan Coben.

Matt Hunter w przypadkowej bójce zabija człowieka. Po wyjściu z więzienia układa sobie życie na nowo - żeni się z piękną Olivią, para spodziewa się dziecka. Jednak jak głosi hasło na okładce "Od przeszłości nie ma ucieczki", więc życie Matta zaczyna nabierać niesamowitego tempa: znika jego żona, jego samego ktoś sledzi, Matt jest głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo pewnej zakonnicy... a to dopiero początek dziwnych zdarzeń.
Harlan Coben jest typowym twórcą thrillerów. Jest zagadkowo, mrocznie, są zwroty akcji i jest tempo. W zasadzie jest wszystko. Do mnie jednak sposób pisania Cobena nie przemawia. Coben pisze zbyt chaotycznie, wprowadzani są bohaterzy, którzy zaraz znikają, aby pojawić się po dłuższym czasie. Kilka razy zdarzyło mi się wracać do pewnych miejsc w książce. Ale może tak miało być... może pisarz miał na celu uśpić czujność czytelnika, aby móc go później zaskoczyć? Mnie nie uśpił, rozwikłałam prawie wszystkie zagadki sama dość wcześnie, więc przy końcu zrobiło się nudno. Ale nie skreślam tego autora, wiem, że dla wielu jest on mistrzem thrillera więc z pewnością jeszcze po książkę jego autorstwa w przyszłości sięgnę.

4. "W ukryciu" Lisa Gardner.
Bohaterką ksiazki jest Annabelle Granger, która wraz z rodziną całe życie przed czymś (kimś) ucieka. Zmieniają miejsce zamieszkania, nazwisko, pracę. Problem polega jednak na tym, że Annabelle nigdy nie została wtajemniczona co takiego zagraża ich rodzinie. Kiedy zostaje sama postanawia prowadzić normalne życie. Wtedy w jej ręce wpada gazeta, a z pierwszych stron bohaterka dowiaduje się, że znaleziono masowy grób, a jedną z ofiar jest... ona sama.
Naprawdę dobra sensacja, ciekawa fabuła i zgrabnie poprowadzona akcja. Czytało sie płynnie i z ciekawością - kim właściwie jest główna bohaterka? Razem z nią odkrywamy jej własną tożsamość oraz przeszłość. Książka przyjemna, żadne arcydzieło, ale czyta się z lekością i trudno sie od niej oderwać. Moim zdaniem tylko zakończenie zostało zepsute, jakby autorce trudno było się zdecydować kogo wybrać jako tego złego i winnego, ale jako całokształt ksiażka robi dobre wrażenie.

3. "Labirynt" Catherine Coulter.
 Nastoletnia Lacey Sherlock jest obiecującą pianistką, kiedy jej siostra zostaje zamordowana przez seryjnego mordercę. Lacey postanawia zostawić w tyle marzenia o karierze muzycznej i wstępuje do FBI, aby na własną rękę schwytać zbrodniarza. Pomaga jej w tym szef Dillon Savich, jednak rozwikłać zagadkę śmierci jej siostry może tylko ona sama, gdyż musi jednocześnie odkryć sekrety własnej rodziny.
Bardzo dobry thriller!
Jest tutaj wszystko czego potrzebuje świetna lektura: akcja, tajemnica, romans i co najważniejsze książka posiada to, czego tak często brakuje we współczesnych thrillerach - poczucie humoru! Książkę czyta się niezywkle szybko, bo wciaga od pierwszych stron i do ostatniej trzyma w napięciu. Ciągła akcja, bohaterowie, którzy od razu wzbudzają sympatię, tajemnica, którą chce się jak najszybciej poznać.
Catherine Coulter ma świetne pióro, niezwykle lekkie i błyskotliwe. Tylko czemu tak mało żartów o Sherlocku?

2. "Odwet" Julianne Hoffman.
 Chloe jako studentka zostaje napadnięta w swoim domu i brutalnie zgwałcona. Dwanaście lat później pracuje w biurze prokuratora i prowadzi sprawę seryjnego mordercy, w sądzie okazuje się, że potencjalnym mordercą jest... jej oprawca z przeszłości.
Czytając tą książkę chwilami trudno uwierzyć, że napisała ją kobieta. Opisy są drastyczne, okrutne i... bez owijania w bawełnę. Opisując gwałt, sekcję zwłok czy wygląd ofiary brutalnego morderstwa autorka posługuje się fachowym słownictwem i używa tylko konkretnych określeń. Nie ma tutaj pieszczenia się z czytelnikiem - same suche fakty. To urzeka i szokuje. Dodatkowym atutem książki jest fakt, że Julliane Hoffman jest byłą panią prokurator, znającą doskonale przepisy oraz wszelkie kruczki i luki prawne. Ta książka jest profesjonalnym zapisem historii, która mogła wydarzyć się naprawdę. Piękna pani prokurator brutalnie zgwałcona w przeszłości nagle spotyka się w sądzie oko w oko ze swoim gwałcicielem. Gwałciciel jako oskarżony, pani prokurator jako oskarżająca. Czy coś dobrego może z tego wyniknąć? Książka pełna napięcia i pod względem zawartości bardzo profesjonalna. Mnie osobiście urzekł styl pisania Julianne Hoffman, były chwile gdy z obrzydzeniem bądź też niedowierzaniem odkładałam na moment książkę na bok, zaraz jednak do niej wracałam. Zupełnie inny thriller niż te, z którymi ostatnio miałam do czynienia dlatego wyjątkowo go sobie cenię i polecam.

1. "Trzy" Ted Dekker.
Kevin to młody student, inteligentny i zupełnie niepozorny. Nagle jadąc samochodem odbiera dziwny telefon. Rozmówca każe wyznać mu swój grzech, w przeciwnym razie w ciągu 3 minut wybuchnie bomba podłożona w jego samochodzie. Dla Kevina zaczyna się prawdziwe piekło...
Najlepszy thriller jaki przeczytałam w tym roku, a może najlepszy jaki przeczytałam kiedykolwiek... Świetnie poprowadzona fabuła, szokujące zakończenie, akcja mrożąca krew w żyłach. Conajmniej trzy sceny spowodowały u mnie szybsze bicie serca i prawdziwy strach, jakbym to ja znajdowała się w pomieszczeniu sam na sam z psychopatycznym mordercą. Wielu podejrzanych powoduje pewnego rodzaju nieprzwidywalność książki, w połowie przestałam właściwie typować winnego, czekając spokojnie na roztrzygnięcie. Koniec książki właściwie się już nie czyta, a pochłania. Autor mógłby sobie darować jedynie 3-4 ostatnie strony, po tylu ostrych i gorzkich stronach nagły przerost słodkości powoduje niestrawność.

środa, 9 listopada 2011

"Musimy porozmawiać o Kevinie" Lionel Shriver.

"Dramat rodzinny w najlepszym thrillerze psychologicznym ostatnich lat. Musimy porozmawiać o Kevinie to poruszająca powieść psychologiczna o trudnym macierzyństwie. Laureatka nagrody Orange Prize 2005.
Tytułowy Kevin - 14-letni chłopak z zamożnej amerykańskiej rodziny - bez szczególnego powodu zabił dziewięcioro kolegów ze swojej szkoły i dwoje dorosłych. Jego matka próbuje stawić czoła tej dramatycznej sytuacji i jednocześnie odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego?"

Idąc do biblioteki i przechadzając się wśród półek wybieramy książki, które zainteresują nas tytułem, ciekawym grzbietem bądź też zobaczymy nazwisko znanego nam pisarza. Taką książkę wyciągamy z półki i szukamy opisu, który decyduje o tym czy książka ląduje pod pachą czy z powrotem na półce. Z książką Lionel Shriver było inaczej – wybrałam ją pod wpływem impulsu – dość gruba, więc rzuciła mi się w oczy, chwyciłam ją i zobaczyłam okładkę. Nie musiałam czytać opisu, żeby stwierdzić, że książkę z całą pewnością zabieram ze sobą do domu.
Nie boję się ciężkich tematów ani trudnego języka, nie boję się nudnych pierwszych 50 stron książki, jeśli tylko okaże się, że warto. A było warto, bo po przeczytaniu ostatniego zdania długo trzymałam książkę na kolanach, nie wspominając o tym, że w bibliotece rośnie już kara za przetrzymanie książki, bo wciąż jakoś nie mam serca jej oddać. A teraz muszę z kimś porozmawiać o Kevinie. O tym fikcyjnym Kevinie, ale także o prawdziwych „bohaterach”, takich jak Eric Harris i Dylan Klebold.
Tytułowy Kevin kilka dni przed swoimi 16 urodzinami wkracza do szkoły uzbrojony i dokonuje masowego mordu – zabija 9 uczniów oraz 2 dorosłych. Jego matka Eva próbuje w listach do swojego męża odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Opisuje relacje Kevina z rodzicami, rówieśnikami a także z rodzeństwem od momentu urodzenia po dzień zbrodni jakiej się dopuścił, dzień który Eva symbolicznie nazywa Czwartkiem. Matka opisuje Kevina jako złego, okrutnego, przebiegłego i wyrachowanego chłopca. Ale czy dzieci rodzą się złe? Czy to możliwe, że dziecko rodzi się jako socjopata, psychopata, morderca? Według Evy, Kevin właśnie taki się urodził. Nie chciał ssać pokarmu, nie przestawał płakać, nie bawił się zabawkami tylko je niszczył, chodził w pieluszce do 10 roku życia... co ciekawe, zła w Kevinie nie widzi jego ojciec, który usprawiedliwia każde jego przewinienie, a nietypowe zachowania nazywa „dziecięcymi wybrykami”, z których Kevin na pewno wyrośnie. Lionel Shriver tak wyraźnie i żywo zarysowała każdą postać, że czytając książkę wściekałam się na ojca za obdarzenie syna tak ślepą miłością, oburzałam zachowaniem matki, która tak bezwzględnie oceniała swoje dziecko, a także poczułam współczucie do Kevina-socjopaty, który mimo dokonania tak makabrycznej zbrodni wzbudza sympatię (a może litość?)
Kiedy zdarza się taka tragedia, ludzie myślą tylko o ofiarach i ich biednych, pogrążonych w smutku i żalu rodzicach. Mało kto pomyśli o rodzicach zbrodniarza, o tym co muszą czuć, myśleć, przeżywać. Kto poczuje współczucie dla matki, która musi żyć z myślą, że wydała na świat mordercę? Kto jej pomoże uporać się z trudnościami, a także kto pomyśli, że również i ona straciła swoje dziecko. Mało kto zdaje sobie także sprawę jak trudno jest żyć z przyklejoną łatką „matka mordercy”. Ta książka przedstawia właśnie tą drugą stronę, jednak trudno nazwać tę stronę obiektywną. Eva pisząc listy do męża, szuka odpowiedzi tylko na jedno pytanie „dlaczego?” Odwiedzając Kevina w więzieniu dla nieletnich nie raz zadaje to pytanie synowi, wydaje jej się, że tylko on może udzielić jej odpowiedzi na to pytanie, jednak kiedy odpowiedź już pada, Eva wciąż nie dostrzega najważniejszego – nie widzi swojej roli, jaką odegrała w tej tragedii. Niechciane macierzyństwo, obwinianie syna o zakończenie kariery zawodowej, brak jakiejkolwiek chęci porozumienia się z chłopcem (a nawet jeśli chęci się pojawiały to był to tylko słomiany zapał, który gasł jak tylko natrafiła na pancerz i mur). Eva nie chciała mieć dzieci, ale kiedy już się na nie zdecydowała marzyła o słodkim, spokojnym bobasku, który będzie jej pozwalał przesypiać noce, który będzie ją rozbawiał radosnym szczebiotaniem i będzie się do niej tulił podczas burzowej nocy. Kiedy urodził się Kevin – płaczący i niespokojny – oceniła to jako złośliwość, wrogość i nienawiść skierowana do niej. A przecież to było tylko dziecko potrzebujące zapewne miłości oraz troski i jak nikt potrafiące rozpoznać fałszywe i wymuszone zainteresowanie, jakim obdarzała je matka.
Jeśli siedzicie w domu i narzekacie na nudę to naprawdę polecam książkę Lionel Shriver "Musimy porozmawiać o Kevinie". Jak tylko przebrniecie przez pierwsze 50 stron to zapewniam, że później będzie trzeba siłą was odciągać od lektury i na pewno nie będziecie żałować poświęconego jej czasu. Warto przeczytać, bo podczas czytania nasuwa się mnóstwo ciężkich pytań . I kiedy zaczynamy sami odnajdywać odpowiedzi na niektóre z nich, autorka podsuwa nam mocne, zaskakujące zakończenie, które na pewno każdego wbije w fotel i sprawi, że długo nie będziecie mogli o tej książce zapomnieć, a co najważniejsze... z pewnością będziecie chcieli porozmawiać o Kevinie.
A najgorsza jest świadomość, że książka nie jest całkowitą fikcją, na pewno nie z rodzaju fantasy, jest po prostu thillerem, częściowo oparta na prawdziwych wydarzeniach. Bo czyż w dzisiejszych czasach „masakry w szkołach” to nie powszechność?

Stany, szkoła Columbine, rok 1999 – dwójka 18-latków Eric Harris i Dylan Klebold wchodzą na teren szkoły z bronią palną i zabijają 12 rówieśników i 1 nauczyciela, 24 rannych. Na końcu popełniają samobójstwo. Obaj chłopcy uzdolnieni i nadzwyczaj inteligentni, obaj pochodzący z dobrych rodzin. Podobno podczas ataku jeden z napastników krzyczał: "To jest to, co zawsze chcieliśmy zrobić. To jest świetne!". Do popełnienia zbrodni przygotowywali się rok czasu, gromadząc broń i eksperymentując z ładunkami wybuchowymi. Dlaczego nikt nie zareagował?
Finlandia, szkoła Jokela, rok 2007 - 18-letni Pekka-Eric Auvinen zabija 8 osób w swoim liceum, w tym dyrektorkę, następnie strzela sobie w głowę. Podobno desperat zapowiadał atak w Internecie. Dlaczego nikt nie zareagował?
Niemcy, szkoła Albertville, rok 2009 - 17-letni Tim Kretschmer zabija 15 osób. W szkole uchodził za grzecznego i niepozornego. Podobno kilkanaście godzin przed atakiem napisał na forum: "Mam broń. Usłyszycie o mnie jutro. Zapamiętajcie nazwę miejsca: Winnenden". Dlaczego w tym przypadku nikt nie zareagował?

Mogłabym tak wymieniać, w Ameryce masakry w szkołach to powszechność, już nie zajmują nawet pierwszych stron gazet. Jak myślicie co siedzi w głowach takich uczniów, którzy budzą się rano i myślą „a co tam, dziś powystrzelam paru kumpli, będzie fajnie”? Jak to możliwe, że często są to nieprzeciętnie inteligentni uczniowie, że czasem swoją zbrodnię planują miesiącami zanim wcielą ją w życie? Pomyślicie, że ci chłopcy na pewno pochodzą z patologicznych rodzin, otóż nie... najczęściej wywodzą się z tzw. „dobrych domów”, mieszkają w spokojnej dzielnicy, rodzice mają dobrze płatne prace. Co takiego skłania tych nastolatków do takiej zbrodni? Czy to wina rodziców – ich brak zainteresowania dzieckiem? Czy to wina dziecka i jego złej natury? Czy to wina rówieśników, którzy wykazują się coraz większym okrucieństwem? Czy to wina społeczeństwa, które promuje brutalność i aprobuje przemoc w bajkach/filmach/grach? Czy to wina prawa, które nie ogranicza dostępu do broni i materiałów wybuchowych?
Zastanawiam się czy ten problem dosięgnie również kiedyś nas...?
Nasuwa się tyle pytań i niestety podejrzewam, że istnieje również tyle samo różnych odpowiedzi. A najważniejsze z pytań to chyba: jak można zapobiec takiej tragedii?

Tą recenzję dedykuję mojej przyjaciółce listopada 2011r. GOLDIE, która po moich prawie 2letnich namowach, w końcu uległa i książkę przeczytała, a po kilku jej Smsach wiem że nie było łatwo :-) Już nie mogę się doczekać naszych rozmów o Kevinie...
Przy okazji wspomnę jeszcze, że właśnie dziś dowiedziałam się, że na podstawie książki nakręcono film, światowa premiera odbyła się w maju tego roku, w Polsce premiera w styczniu 2012, w rolę matki Kevina wcieliła się fantastyczna Tilda Swinton, a sam film zebrał bardzo pozytywne recenzje - juz nie mogę się doczekać aż go zobaczę, mam nadzieję, że przynajmniej dorówna książce!

wtorek, 20 września 2011

"Przeminęło z wiatrem" Margaret Mitchell.

"Rok 1861. Czas wojny secesyjnej - Ameryka przechodzi głębokie wewnętrzne przemiany, które na zawsze zmienią jej obraz. Świat Południa, wielkich plantacji, możnych panów i czarnoskórych niewolników odchodzi w zapomnienie, pochłaniany przez industrialną, nastawioną na przemysł rzeczywistość. Scarlett O'Hara, córka zamożnego plantatora bawełny z Georgii, ma zaledwie szesnaście lat, jednak jej duma, upór i energia wydają się nie znać granic. Kiedy jej ukochany Ashley Wilkes zaręcza się z inną kobietą, Melanią, dziewczyna na złość jemu i sobie wychodzi za mąż za jej brata. Jej małżeństwo nie trwa jednak długo, małżonek rychło umiera, zaś Scarlett sama musi dać sobie radę z przytłaczającą rzeczywistością."

Czy jest na świecie jakaś kobieta, która nie słyszała o Scarlett O’Hara? (paluszek w górę) Ja o Scarlett słyszałam już jako mała dziewczynka, gdzieś tam podejrzałam kawałek filmu, z którego niewiele zrozumiałam, ale Vivien Leigh jako Scarlett zapadła mi głęboko w pamięci. Wiele lat później sięgając po tą książkę miałam bardzo mieszane uczucia. A bo dość gruba (hm, prawie 1000 str.), a bo historyczna, a wszelkie bitwy, wojny, powstania i bunty nie szczególnie mnie interesują i szczerze to… strasznie nudzą. Chciałam iść na skróty i obejrzeć prawie 4-godzinny film, ale miałam dziwne przeczucie, że oglądając film stracę cos ważnego i jednocześnie zniechęcę się do bliższego poznania historii Scarlett. Po wielu dylematach wybrałam więc wersję pisaną, no bo jak to - nie przeczytać o losach najsławniejszej i najbarwniejszej postaci literackiej - Scarlett O'Hary?
Zazwyczaj czytając książkę w pewien sposób utożsamiamy się z głównym bohaterem, lubimy lubić bohatera/bohaterkę i lubimy jak główny bohater jest miły, zabawny, charyzmatyczny. Scarlett jest arogancka, przebiegła, wyniosła, dumna i mogłabym tak wymienić jeszcze wiele cech, które napawają nas obrzydzeniem oraz wstrętem. Dlatego też czytając książkę nienawidzę i kocham Scarlett na przemian i nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, jakie uczucia w rzeczywistości żywię do głównej bohaterki, może dlatego, że co przewracana strona są to inne uczucia - tutaj współczucie, tutaj podziw, a tutaj złość. Uważam, że trzeba być mistrzem pióra, aby napisać powieść, której bohaterka ma tyle irytujących i negatywnych cech, a mimo to z zapartym tchem czytelnik śledzi jej losy, kibicuje jej, podziwia ją lub wścieka się na nią. Z przyjemnością czytało się jak zielonooka śliczność przeistacza się z rozpieszczonego dziecka w silną, zdecydowaną kobietę.
I mimo, że może moja dusza nie należy do tych nadzwyczajnie romantycznych to tragiczne losy Scarlett zrobiły na mnie spore wrażenie, wycisnęły kilka łez i wiele razy spowodowały, że brakowało mi tchu z wrażenia.
"Boga biorę na świadka, Boga biorę na świadka, że Jankesi nie pokonają mnie nigdy. Przetrwam to wszystko, a jak wojna się skończy, nigdy w życiu nie będę więcej głodna. Ani ja, ani nikt z moich bliskich. Choćbym miała kraść i zabijać – Bóg mi świadkiem, że nigdy więcej głodna nie będę."To cytat z książki, ale jednocześnie z filmu, więc jeśli ktoś nie czytał, a oglądał to zapewne pamięta tą dramatyczna kwestię, którą wypowiada Scarlett, a słowa te były w pewien sposób przypieczętowaniem jej przemiany w zdecydowaną, bezwzględną i dążącą do osiągnięcia swych celów kobietę. Bo jak Scarlett obiecała, że nigdy więcej głodna nie będzie, to obietnicy dotrzymała i to za wszelką cenę.
Wiele kobiet sugeruje się opinią, że jest to zwykłe romansidło – otóż to nieprawda – to jest niezwykłe romansidło. I mimo, że główną bohaterką jest Scarlett i to wokół niej kręci się cała fabuła to wspaniale zarysowane są także postacie z drugiego planu – Rhett, Ashley i Melanie. Tak naprawdę żyją oni w miłosnym czworokącie, bardzo burzliwym i skomplikowanym uczuciowo. W książce zazwyczaj dzieje się wszystko to, czego czytelnik nie tylko się nie spodziewa, ale nie chce, aby to się zdarzyło. I w ten sposób małżeństwa zawierane są bez aprobaty czytelnika, umierają osoby, które czytelnik uwielbia, trudności w miłości mają pary, którym czytelnik kibicuje. Zakończenie oczywiście też nie to, na które przez tyle stron czeka czytelnik, ale to dzięki temu książka nabiera takich rumieńców i tylu wyrazistych kolorów.
I z pewnością nie jest to powieść napisana niezrozumiałym językiem o niezrozumiałych rzeczach. Język jest prosty, przystępny, pisarka w lekki sposób buduje humorystyczne dialogi, cięte riposty głównej bohaterkia także w realistyczny sposób wyrażone są naiwne i często głupiutkie  myśli Scarlett. I pomimo tego, że akcja toczy się w czasach tak bardzo nam odległych, to książka opowiada o wciąż aktualnych sprawach – o miłości i o prawdziwych, silnych uczuciach.
Margaret Mitchell jest naprawdę mistrzynią, wielka szkoda, że tragiczny wypadek spowodował, że ta wspaniała pisarka używająca tak lekkiego pióra nie zdołała napisać kontynuacji przygód Scarlett. Kontynuacje tych losów napisali już inni pisarze, a wiadomo, że to już nie to samo... niestety.
 "Przeminęło z wiatrem" to pozycja obowiązkowa dla każdej kobiety i możecie ją kochać lub nienawidzić, ale na pewno historia Scarlett nie pozostanie wam obojętna, a o tej powieści można by napisać kolejną powieść, tyle emocji pozostaje w człowieku po jej przeczytaniu.
I powtarzając ostatnie słowa bohaterki „Nie chcę teraz o tym myśleć, pomyślę o tym jutro” chcę wam kochani przekazać, że nie ma co myśleć jutro, już dziś zabierzcie się za myślenie o przeczytaniu tej niezwykłej powieści.

Od siebie dodam jeszcze, że dzień po skończeniu książki oczywiście sięgnęłam po film i z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie ma takiej możliwości i nigdy nikt nie zrozumie filmu, jego przesłania a już z całą pewnością nikt nie zrozumie bohaterów bez wcześniejszego sięgnięcia do literatury… dlatego polecam kolejność – powieść, następnie film. Film jest fantastycznym dopełnieniem, na odwrót niestety to nie działa. I jeszcze na koniec kadr z filmu: oto Scarlett i Rhett :-)

czwartek, 25 sierpnia 2011

"Grzesznica" Petra Hammesfahr.

"Młoda kobieta na majówce z mężem i dwuletnim synkiem w biały dzień zabija nożem przypadkowego mężczyznę, bezwstydnie obściskującego się z dziewczyną. Pozornie bezsensowna zbrodnia świadczy o braku równowagi psychicznej u sprawczyni. Jednak mozolne śledztwo odsłania ponure tajemnice dzieciństwa i wczesnej młodości kobiety. Oryginalny kryminał dotykający bolesnych spraw molestowania seksualnego oraz roli pierwszej miłości, ulokowanej w niewłaściwej osobie. Przeszłość wypierana przez lata ze świadomości teraz ujawnia swą niszczycielską moc."



Przerażająca historia, której nigdy nie zapomnisz.
Zaczęło się od nudnego wieczoru i koleżanki, która na hasło "kryminał" od razu wiedziała jak mi go wypełnić, pożyczając "Grzesznicę". Miałam ochotę akurat na kryminał, ale "Grzesznica" to bardziej thriller, zagadka zbrodni, jakiej dopuściła się kobieta schodzi na dalszy plan, pierwsze skrzypce grają tutaj losy bohaterki, które od początku do końca przyprawiają o dreszcze i powodują przygnębienie.  Książka już od pierwszych stron wciąga, a sekrety, kłamstwa i enigmatyczna fabuła sprawiają, że czyta się szybciej i szybciej, aby tylko dowiedzieć się, co tak naprawdę przydarzyło się tej biednej dziewczynie.
Im bardziej zagłębiamy się w jej traumatyczną historię tym trudniej nam uwierzyć, że można znieść tyle zła w jednym życiu. Ta historia potwierdza, że nie można uciec od bólu zadanego w dzieciństwie, że żadna dziecięca psychika nie zniesie manipulacji, odrzucenia i molestowania w najmłodszych latach i że skutki zawsze się pojawią, nawet dopiero w życiu dorosłym, kiedy to na pozór wszystko zaczyna się układać i normalizować. Wystarczy tak niewiele, aby przywołać najgorsze koszmary i powrócić do tego, co człowiek głęboko zakopał w swojej głowie, bo nie tylko czytelnik próbuje z głowy kobiety wydobyć prawdę, sama bohaterka stara się przypomnieć kim była, jak żyła, co się wydarzyło naprawdę... 
To bardzo przygnębiająca książka pełna okrutnych obrazów, szczerych do bólu opisów i brudów, pełna brudów. Bo Petra Hammesfahr nie oszczędza czytelnika, tak samo jak nie oszczędziła swojej bohaterki.

piątek, 15 lipca 2011

"Intruz" Stephenie Meyer.

"Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć."

TROCHĘ INNA HISTORIA MIŁOSNA
Stephenie Meyer to chyba ostatnimi czasy tak samo gorące nazwisko jak Edward Cullen, którego pisarka sama stworzyła. Ten tytuł poleciła mi Josia i czasami jest tak, że podchodzimy do pewnych książek sceptycznie. A bo na początku trochę straszy jej objętość, a także zraża opis, szczególnie dla osób, które nie przepadają za UFO i S-F, a bo znowu będą jakieś niestworzone historyjki o kochających się wampirach (no ile można). Ale że ufam mojej Josi w kwestii książkowej to się zacięłam i dałam szansę „Intruzowi” do 50 strony. I wystarczyło, bo "Intruz" wciąga już od 10tej. Każdy, kto odważy się sięgnąć do tej książki niech uważa - ta książka równa się brak jedzenia w lodówce, zaniedbana higiena osobista oraz brak ciągłego snu, nie wspominając już o zaniedbaniu obowiązków zawodowych (niech żyją e-booki!) Stephenie Meyer udowadnia, że nie jest tylko podrzędną pisarką, która wylansowała się komercyjną opowiastką o pięknym wampirze Edwardzie i zgrai innych pięknych utalentowanych wampirów. Stephenie to kobieta z ogromną wyobraźnią, fantazją i tak lekkim piórem, że aż zazdroszczę. "Intruz" to inna, wyższa półka i muszę przyznać, że zanim ją skończyłam wymyśliłam z 10 różnych zakończeń, trochę smutnych trochę happyendowych. Ale jakie zakończenie wybrała autorka tego oczywiście nie zdradzę. Czytałam z zapartym tchem, przewracałam strony jak szalona, czasem szybko przelatywałam tylko tekst oczami, bo chciałam jak najszybciej poznać odpowiedź na pytanie „Co dalej, no co dalej?” Radzę nie bać się tej książki i naprawdę dać jej szansę, wciąga i trzyma w napięciu do ostatnich stron, świetne realistyczne opisy, czytało się szybko, prosto, gładko i nawet w połowie książki stwierdziłam, że fabuła, która wydała mi się na początku śmieszna i banalna, nagle zmusza mnie do myślenia i refleksji.