czwartek, 28 lipca 2011

Niech żyje romantyzm.

Donosicielka Kryptonim „Włosek” donosi, że udało jej się świadkować przy tejże ciekawej historii ulicznej:
Rzecz dzieje się na chodniku przed przejściem dla pieszych, bohaterami są dwaj Młodzieńcy (wg Donosicielki tak na oko wiek po 20tce ale przed 30tką – czyli w miarę dojrzali i dorośli), którzy prowadzą dość głośno taki oto dialog:
Młodzieniec 1 (słychać lekkie oburzenie): Wiesz co i słuchaj, podnoszę tą kołdrę a Ona ma... piżamę w żyrafki czujesz?!
Młodzieniec 2 (słychać niedowierzanie): I co?
Młodzieniec 1 (słychać mocne wzburzenie): I co i co i mi się odechciało! Odwróciłem się do Niej plecami i zwaliłem konia!!!
Młodzieniec 2 (słychać sytuacyjne rozbawienie): Ty to masz niezłe jazdy ziom!

O tak, nie wiem czy współczuć Młodzieńcowi 1 tych samotnych jazd czy też wołać o pomstę do nieba, no bo gdzie się podział ten romantyzm, gdzie ci mężczyźni, gdzie tamten świat?!!?

P.s. 1: Pozdrawiam Donosicielkę i czekam na więcej donosów ;-)

P.s. 2: Kochani, maraton wakacyjny czas zacząć. Szlaki wydrukowane, zupki chińskie zakupione, okularki z UV400 spakowane. Grecjo nadjeżdżam!!! Wrócę, gdy moja skóra przybierze kolor świetlistej białej mąki, po uprzednim opaleniu się na lekki burgund wpadający w świński róż, ale za to z garścią nowych anegdotek ;-) Trzymajcie się i tęsknijcie za mną…

poniedziałek, 25 lipca 2011

Kobiece postrzeganie kolorów.

Zawsze mi się wydawało, że świat jest zdecydowanie prostszy i mniej skomplikowany. Powoli dochodzę do wniosku, że to kobieta jest od tego utrudniania i komplikowania wszystkiego, co staje jej na drodze. Wiem wiem, coś słabo solidaryzuję się z jajnikami, chyba powoli zaczynam się jednoczyć z biednymi plemnikami... Bo czasem udaje mi się uskoczyć z tego damskiego kręgu adoracji i patrzę na wszystko z boku, jako czujny i obiektywny obserwator.
Kolory to tylko taki przykład, przenośnia w zasadzie… bo czyż nie było prościej, gdy była czerń biel zieleń niebieski czerwony żółty fioletowy pomarańczowy szary różowy granat bordo i brązowy np?
Nie, teraz jest malinowy brzoskwiniowy wrzosowy pistacjowy gołębi herbaciany śliwkowy czekoladowy waniliowy łososiowy burgundowy seledynowy turkusowy morski i jeszcze te wzniosłe połączenia "błękit lazurowy" „zgniła zieleń” „lila-róż” „czerwień żelazowa” "zieleń malachitowa" „finezyjne barwy dyniowe” (z nutką dekadencji kuźwa).
Czy tylko ja idąc do drogerii po zwykłą farbę do włosów stoję przy pólkach pół dnia i mimo to wychodzę z pustymi rękoma? Bo czasem to rzeczywiście jest problem wybrać między "Cynamonowy ciepły brąz", "Złota świetlista czekolada" czy "Kasztan opalizująco-Mahoniowy"... te wszystkie nazwy tak pięknie i zachęcająco brzmią, a mnie wystarczyłby "Mahoń" lub sam "Kasztan", nie potrzebna mi do szczęścia wiedza, że kolor jest świetlisty, złocisty czy miodowy.
Kochane kobietki a czy nie wydaje wam się, że kolor ecre, kremowy, waniliowy, kości słoniowej i np. mleczny to jedno i to samo?
I te dyskusje czy bluzka ma odcień śliwki dojrzałej czy nie dojrzałej czy w pół dojrzałej, ko-bie-to JEST KURWA PO PROSTU RÓŻOWA!
Słucham tych jakże mądrych i zajmujących dyskusji i myślę, że komplikujemy w ten sposób wszystko. Jesteśmy mistrzyniami komplikacji: uczuć, myśli, słów, zdarzeń. Nam się wydaje, że to urozmaicenie i nadawanie większego sensu, że dzięki temu nasze życie jest bardziej „kolorowe”, a tak naprawdę to chyba powód większości nieporozumień, kłótni, dyskusji, bo każda sfera naszego życia rozrosła się do maksimum – nie jest prosto i przejrzyście, ale skomplikowanie. W miłości doszukujemy się dziur, myślimy co innego niż mówimy, a w czynach jesteśmy nieprzewidywalne dla samych siebie niekiedy.
A najtrudniej to chyba mają mężczyźni. Bo zaspokoić i zrozumieć kobietę, która z koloru swojej bluzki potrafi uczynić dylemat dnia, to nie lada zadanie (wyzwanie), więc lepiej przemilczeć, ulec i przytaknąć.  

Tekst napisałam zainspirowana "dyskusją" z Firmową Lafiryndą, która po moim jakże szczerym komplemencie "Ale masz ładną różową bluzeczkę", odwarknęła "Zamknij się." No bo przecież to nie RÓŻ a MALINA! Ups... ale fo pa ;-)

piątek, 22 lipca 2011

Video "Nie obchodzi nas rock". Popowo poprawny krążek.

A rodzice nauczali „nie oceniaj zawartości po opakowaniu”, ale cóż ja poradzę, że nową płytę Video oceniłam jeszcze przed jej premierą na podstawie okładki? „Nie obchodzi nas rock” to jedna z lepszych okładek, jakie ostatnio widziałam na polskim rynku muzycznym - szara, brudna, postrzępiona i jakże miło czasem odetchnąć od różu, plastiku i waty cukrowej. To samo zamierzałam znaleźć na samej płycie, liczyłam, że będzie to jedna z lepszych polskich płyt, jaka wpadła w moje łapki w pierwszym półroczu tego roku – i w zasadzie nie pomyliłam się, trudno napisać najlepsza (bo tutaj mam innego faworyta), ale na pewno jedna z ciekawszych.
Wojciech Łuszczykiewicz lider zespołu Video to chyba jedyny członek grupy, który w ciągu 4 lat jej istnienia nie zmienił się w składzie. Ale trudno nie zgodzić się z faktem, że to właśnie on jest prawdziwym filarem Video. Jego szczere teksty, charyzmatyczny styl bycia i specyficzne poczucie humoru zjednuje zarówno fanów jak i przeciwników jego twórczości.
Ktoś mniej więcej mojego rocznika pamięta Wojciecha z reality show ‘Dwa Światy” (kiedy to było, 10 lat temu???), już wtedy chłopak z gitarą próbował zwrócić uwagę szerszej publiczności (komponując i nagrywając piosenkę przewodnią tego właśnie programu), potem był zespół Superpuder, który nie mógł się wybić mimo wydanej płyty „Mowa trawa”, aż w końcu spotkanie trzech panów: Wojciecha, Tomka Luberta i Maćka Durczaka zaowocowało i wspólnymi siłami wypuścili na rynek nowy projekt – Video pt. „Video gra”. To był rok 2008 - zaczęło się szaleństwo - podbijanie list przebojów, hit lata i napięty terminarz koncertowy.
Minęły 3 lata nim pojawił się kolejny krążek zespołu „Nie obchodzi nas rock” – krążek bardzo oczekiwany, bo obiecywany i zapowiadany przez zespół już przynajmniej od roku. Największą anomalią tej płyty jest fakt, że ukazała się ona dopiero po premierze trzeciego singla. Pierwszy singiel „Fantastyczny lot” pojawił się dobre 1,5 roku temu, drugi singiel „Szminki róż” był jednym z hitów zeszłego lata, a na początku tego roku trzeci z singli „Papieros” podbijał listy przebojów. Dlatego też słuchając tej płyty chwilami ma się wrażenie, że nie jest to w pełni świeżynka, że słucha się czegoś, co jest już osłuchane i dobrze znane. Tym bardziej, że bywalec Video-koncertów z całą pewnością kojarzy również dwie inne piosenki - „Asele” oraz „Piątek”. Znany jest również cover zespołu PRL „Nie obchodzi nas nic”.  Owszem, są na płycie prawdziwe, zupełnie świeże perełki, szczególną uwagę zwróciłam na dwie piosenki moim zdaniem najbardziej nadające się na kolejne single („Środa czwartek” oraz „Sorry” – mój ulubiony numer). Na krążku znalazło się także miejsce na utwór potwierdzający dystans chłopaków do tego co robią oraz ich niecodzienne poczucie humoru („Jeśli nie masz odpowiednich okularków najlepiej z „UV400” to gdzie się wybierasz pajacu, czyżbyś chciał uszkodzić sobie wzrok?”). Bo przepisem na pozytywne przyjęcie tej płyty jest właśnie zaaplikowanie 30% dystansu, 30% poczucia humoru, 30% umiejętności czytania między wierszami i 10% inteligencji.
Mam wrażenie, że płyta zawiera wszystko, co potrzebne jest do osiągnięcia sukcesu – to mieszanina gatunków popowo-rockowo-punkowych, zapadające w pamięć teksty, melodyjne piosenki, humor, szaleństwo i nawet jest chwila refleksji z Fryderykiem Chopinem.
Teksty to proste, chwytliwe historie, które szybko wpadają w ucho i „ciągną” się za człowiekiem podczas wykonywania wszelkich codziennych czynności.
Muzycznie też jak najbardziej poprawnie, współpracujący z zespołem Marek Jan Kisieliński udowadnia, że jest świetnym kompozytorem i serwuje nam niezwykłe muzyczne perełki.
Zanim płyta się pojawiła zastanawiałam się czy tytuł „Nie obchodzi nas rock” ma znaczenie dosłowne czy ironiczne i teraz już wiem, że jednak dosłowne. Bo mimo dużej roli gitar to w porównaniu do „Video gry” jest to płyta mniej rockowa, a bardziej popowa, i w zasadzie przede wszystkim ze względów tekstowych trudno nazwać ją komercyjną. Do tej płyty trzeba mieć po prostu serce i odpowiednie nastawienie, bo bez tego zaczyna stawać się ona chwilami męcząca. Wydaje mi się, że dla każdego fana to wymarzony, długo oczekiwany zestaw melodyjnych piosenek, natomiast dla każdego przeciwnika to fantastyczna okazja, aby móc wszczynać dyskusje, dotyczące komercji i sprzedawaniu się w radio. A jaka ta płyta jest dla neutralnego, zwykłego słuchacza? Czymś innym, zachłyśnięciem się świeżością i oderwaniem się od tego, co ostatnio takie powszechne. Ta płyta stanowi dla mnie fantastyczne antidotum na szare dni i pochmurne wieczory.

środa, 20 lipca 2011

Hormony atakują (1).

Wycieczkę planujemy już chyba od stycznia, taki babski wypad na wczasy. Ja, panicznie bojąca się latania samolotem wojuję, aby do celu dojechać autokarem. W odpowiedzi kręcenie nosem, marszczenie się i nieszczęśliwe miny. Zostaję przegłosowana:
– Lecimy samolotem.
Oczywiście jestem niezadowolona.
Ale staram się o tym fakcie nie myśleć, aby nie stresować się zawczasu. Kilka dni temu dzwoni do mnie Josia i mówi (zapewne z zamiarem uszczęśliwienia mnie):
- Znalazłam super tanią wycieczkę, ale autokarem.
Na co ja wywód:
- Oj tak 3 dni wyjęte z życiorysu, tyle czasu w trasie, będziemy się kisić, rzygać, będzie zimno i niewygodnie.
Znowu jestem niezadowolona.
Wczoraj dzwoni Josia i mówi (pewnie po raz kolejny chcąc mnie uszczęśliwić):
- Jest inna opcja, zamieszkamy u koleżanki mojej mamy ale dojedziemy na własną rękę – samolotem.
Na co ja zestresowana:
- Taaaak, znowu ten samolot, nie możecie mi tak robić, raz tak raz siak, zdecydujcie się w końcu, miał być autokar, ja nigdzie nie lecę.
I kolejny raz … niezadowolenie.
Ale już znalazłam winnego - oczywiście wszystkiemu winne są hormony…

poniedziałek, 18 lipca 2011

Skwerek.

Był sobie koło mojego domu mały parczek, kilka drzew, krzaki, wysoka trawa i parę ławek a na nich moczymordy, bezdomni i żebracy, ale ogólna atmosfera przyjemna i wesoła. Pewnego dnia do parczku wkroczyły betoniarki, koparki i panowie w żółtych kamizelkach. Akcja „Budujemy skwerek” trwała pół roku. Już myślałam, że chcą wbudować tam jakiś park rozrywki lub fontannę wszechczasów – a co różne plotki po osiedlu krążyły. I nagle koniec – kilka dróżek  wypieszczonych, trawka pięknie przycięta, parę drzewek, las antycznych latarni i pełno pięknych ławeczek. Moczymordy musiały zmienić rejon, a na ich miejsce wkroczyły rodziny z dziećmi, kółka wzajemnej adoracji ludzi starszych i pojedyncze osóbki spacerujące z psami. Poza tym dużo wózków, rowerów i zabawek walających się po nowych alejkach. Pewnego dnia idę sobie z Kolegą i pełna dumy oraz zachwytu mówię do niego:
- Popatrz no tylko, jaki piękny skwerek nam tu zbudowali.
Na co on rozglądając się nerwowo na boki odpowiada z przekąsem:
- Taaa, właśnie widzę, już nawet nie ma gdzie się porządnie odlać…

piątek, 15 lipca 2011

"Intruz" Stephenie Meyer.

"Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć."

TROCHĘ INNA HISTORIA MIŁOSNA
Stephenie Meyer to chyba ostatnimi czasy tak samo gorące nazwisko jak Edward Cullen, którego pisarka sama stworzyła. Ten tytuł poleciła mi Josia i czasami jest tak, że podchodzimy do pewnych książek sceptycznie. A bo na początku trochę straszy jej objętość, a także zraża opis, szczególnie dla osób, które nie przepadają za UFO i S-F, a bo znowu będą jakieś niestworzone historyjki o kochających się wampirach (no ile można). Ale że ufam mojej Josi w kwestii książkowej to się zacięłam i dałam szansę „Intruzowi” do 50 strony. I wystarczyło, bo "Intruz" wciąga już od 10tej. Każdy, kto odważy się sięgnąć do tej książki niech uważa - ta książka równa się brak jedzenia w lodówce, zaniedbana higiena osobista oraz brak ciągłego snu, nie wspominając już o zaniedbaniu obowiązków zawodowych (niech żyją e-booki!) Stephenie Meyer udowadnia, że nie jest tylko podrzędną pisarką, która wylansowała się komercyjną opowiastką o pięknym wampirze Edwardzie i zgrai innych pięknych utalentowanych wampirów. Stephenie to kobieta z ogromną wyobraźnią, fantazją i tak lekkim piórem, że aż zazdroszczę. "Intruz" to inna, wyższa półka i muszę przyznać, że zanim ją skończyłam wymyśliłam z 10 różnych zakończeń, trochę smutnych trochę happyendowych. Ale jakie zakończenie wybrała autorka tego oczywiście nie zdradzę. Czytałam z zapartym tchem, przewracałam strony jak szalona, czasem szybko przelatywałam tylko tekst oczami, bo chciałam jak najszybciej poznać odpowiedź na pytanie „Co dalej, no co dalej?” Radzę nie bać się tej książki i naprawdę dać jej szansę, wciąga i trzyma w napięciu do ostatnich stron, świetne realistyczne opisy, czytało się szybko, prosto, gładko i nawet w połowie książki stwierdziłam, że fabuła, która wydała mi się na początku śmieszna i banalna, nagle zmusza mnie do myślenia i refleksji.

wtorek, 12 lipca 2011

Ręce, które leczą.

Chrzest. Wiejska impreza i jak to na takich imprezach bywa trzeba pokazać miastowym jak się we wsi bawią, więc stoły zastawione jadłem i trunkiem jak na weselu. Nagle siada koło mnie Teściu z przyspawanym do ręki kieliszkiem, bo starym wiejskim zwyczajem trzeba być gościnnym i wypić kieliszeczek z każdym gościem przy stole, a że ja siedziałam na końcu stołu to:
- Chrzestna, Chrzestna, ty słuchaj no, ty się Chrzestna musisz ze mną napić (polewa), bo widzisz ja choć tego pewnie nie widać to ja kiedyś piłem bardzo dużo, ale wiesz i tak nie za dużo, bo mój pradziadek to przepił 3 wsie, mój dziadek przepił 1 wieś, a ja to przepiłem tylko rodzinny interes. I wiesz… te ręce (rozkłada dłonie i patrzy na nie z podziwem), te ręce leczą (w tym momencie kładzie mi dłonie na ramiona i w skupieniu zamyka oczy) i już pół wsi wyleczyły, więc Chrzestna jak miałaś jakąś chorobę lub coś cię dręczyło duchowo to właśnie zostałaś uleczona. Wszystkie problemy (teatralny gest) odeszły w siną dal. A teraz Chrzestna ty się lepiej ze mną napij.
No i cóż ja miałam począć, Teściu taki gościnny, otworzył się przede mną i w dodatku mnie uzdrowił a ja miałam mu odmówić?...

P.S. Swoją drogą to w czasach gdy tyle tych chorób, wirusów i bakterii lata w powietrzu to naprawdę strasznie się cieszę, że magiczne ręce Teścia wyzwoliły mnie od tych wszystkich świństw.

niedziela, 10 lipca 2011

Szalik na drutach - wzór ażurowy "Dziurki".




















Pomiędzy przymusowym chodzeniem do pracy, maniakalnym czytaniem kilku książek na raz, oglądaniem wszelkiego rodzaju filmów, nałogowym słuchaniem muzyki, sporadycznym wypadem gdzieś na koncert, upieczeniem ciasta z nowego lub sprawdzonego przepisu, oderwaniem się od laptopa i Worda, w którym przelewam moje jakże mądre myśli, spotykaniem się z przyjaciółmi i między spaniem, gotowaniem, jedzeniem, piciem, sprzątaniem, spacerowaniem, jeżdżeniem na rowerze, graniem w tenisa, ping-ponga lub siatkówkę  - oddaję się mojej pasji – dzierganiu na drutach.
 Może nie jestem w tym najlepsza i ostatnio uzależniona tylko od dziergania szalików (chyba ogólnie jestem uzależniona od szalików), ale dziergając  odrywam się od wszelkich obowiązków i oczyszczam myśli od wszystkich problemów. Ostatnio z moich drutów schodzi trochę rzeczy, między innymi szaliczek dla pewnej osóbki, z efektu końcowego jestem w sumie zadowolona, „pewna osóbka” również. Już mam w planie wydzierganie dla siebie z tego wzoru chusty o większych dziurkach, muszę jednak najpierw zmodyfikować wzór.



Włóczka Kotek druty 4,5 aby dziurki były widoczne, robiło się bardzo szybko, bo wzór prosty i druty grube. Gdyby nie fakt, że w międzyczasie robię 1001 różnych rzeczy to ukończyłabym go w jeden wieczór.  Włóczka to 100% akrylu, więc na końcu tylko gotowy wyrób prasuję lekko na lewej stronie żelazkiem nastawionym na sztuczny materiał. A ponieważ ucząc się czy raczej przypominając sobie dzierganie spędziłam dużo czasu na różnych stronach i blogach polsko oraz anglojęzycznych i zawsze byłam bardzo wdzięczna osobom dzielącym się wzorami to i ja się podzielę, może akurat zajrzy tutaj ktoś w potrzebie. Schemat wzoru to 3n+3:

środa, 6 lipca 2011

Faworki - prosty przepis - mój ulubiony.


Faworki vel chruściki najlepiej smakują jak wyjdą spod naszych rąk. Ostatnio mnie naszło, czasem tak mam "a zjadłabym coś" i wtedy dreptanie do kuchni, szperanie w lodówce i szafkach. I to nagłe olśnienie oraz radość gdy już wiem co bym zjadła, składniki są, więc podwijam rękawy i do roboty. Zawsze korzystam tylko z jednego przepisu, tego wg mnie najlepszego a w przypadku faworków wygląda on następująco:
Składniki
- 2 szklanki mąki
- 4 żółtka (białko zazwyczaj zostaje na drugi dzień, wtedy na kolację jest omlet)
- 3/4 szklanki smietany 18%
- 1 łyżka octu
- sól do smaku (ale więcej niż szczyptę, tak aby nadać faworkom smak, więc ja tej soli aż tak nie żałuję)
wyrabiać, na początku powoli i ostrożnie aż składniki się wymieszają, wyrabiać aż ciasto będzie miękkie i elastyczne. W czasie wyrabiania dosypuję co jakiś czas trochę mąki, ponieważ ciasto bardzo się klei, ale po pewnym czasie jest już ładnie wyrobione i nie aż takie kleiste. Z tego przepisu ciasto wychodzi za każdym razem bardzo bardzo mięciutkie.
Następnie ciasto należy podzielić na 2 części, rozwałkować cieniutko, wykrajać prostokąty, naciąć wzdłuż pośrodku i przewlec przez otwór. Smażyć w gorącym tłuszczu po obu stronach, wyciągać szybko jak tylko faworki przybiorą złocisty kolor. Na koniec posypać cukrem pudrem.
Rada nr 1: po wyrobieniu ciasta "otrzepać" je z mąki, tak aby nie wrzucać do oleju ciasta obsypanego mąką - wtedy olej nie przybierze koloru czarnego i będzie można go jeszcze wykorzystać w przyszłości.
Rada nr 2: faworki posypywać cukrem pudrem po wysmażeniu wszystkich faworków i lekkim odsączeniu, tak aby cukier puder nie wsiąkł w tłuszcz pozostawiony jeszcze na faworkach.

Może komuś ten przepis kiedyś się przyda, ja nie pożałowalam cukru pudru, bo uwielbiam:-)
Życzę wszystkim smacznego, moja sąsiadka też skorzystała i bardzo zachwalała!

poniedziałek, 4 lipca 2011

Manic monday.

U mnie od rana wkurw, zabrali moje tramwaje ;-(
Wstaję rano, patrzę - leje deszcz, myślę dobra założę kaptur i wsio przecież mam przystanek pod domem i wysadzą mnie pod pracą. Pewna miła osoba wstaje rano i proponuje mi parasol, odmawiam, no bo mam tak blisko przecież. Idę na przystanek, stoję stoję stoję, zaczynam niecierpliwie tuptać nóżką, a mojego tramwaju jak ni ma tak ni ma... Myślę "Znowu je***a szm**a przyjechała wcześniej, ludzie do pracy się spóźniają, ale co ich to obchodzi, tyle za bilety i sieciówki się płaci, a oni sobie w kulki lecą i jeszcze w dupie cię mają, przed nosem drzwi ci zamkną i się z ciebie śmieją." - poranna wiązanka musi być, aby trochę się nakręcić - a co!
W końcu patrzę na rozkład, a tam pomarańczowe tabliczki - mojego tramwaju nie ma i nie będzie... czytam tabliczkę, ale nic z niej nie rozumiem - "jak chcesz dojechać tam to 1 i 12 potem tam i tam w 3 lub 7 i 8 w razie co jak chcesz tam to autobus zastępczy ale najpierw 12 lub 1 tam i tam" i jakieś wykresy, rozkłady, tabele. Jasne, 6 rano a oni każą mi myśleć...
A co tam, wsiadam w pierwsze lepsze coś, kawałek podjeżdżam, już jestem 4 przystanki bliżej, przesiadam się w 1kę, która miałaby mnie podwieść jeszcze 2 przystanki, ale okazuje się, że 1ka też inaczej jedzie i się cofam, wracam do domu aaaa zaczynam lekko panikować, na następnym szybko wysiadam i znowu czekam na tramwaj, aby wrócić tam, gdzie z takim trudem chwilę wcześniej się dostałam.
Ufff docieram w końcu, idę za ludem, no bo może oni wiedzą gdzie podążać... ale zdaje się, że każdy idzie na oślep, byle gdzie i byle jak. W końcu ruszam mózgownicą "A co tam jeszcze 3 przystanki - NO TO IDĘ". Po drodze mijam kolejny przystanek z pomarańczową tabliczką, rozwścieczony tłum ludzi wymachujący groźnie rękoma i wykrzykujący niecenzuralne słowa przyciąga moją uwagę - podjeżdża autobus złom - JEST JEST, autobus zastępczy. Wsiadam, otrzepuję się jak pies po kąpieli, a wyglądam jak zmokła kura... spóźnienie do pracy 30 minut.
Manic monday - bezcenne :-)

piątek, 1 lipca 2011

Polska przewodzi. Szczecin gra.

Nie ma to jak plenerowe imprezy w czwartek trwające do 1.30. Ale poszłam tam z dwóch powodów – występ Zakopower i pokaz mapping 3D.
Na początek napiszę wam, że zapowiadało się na deszcz... i już zaczęłam myśleć, że Zakochłopcy są zaklinaczami pogody a deszcz to część ich choreografii i wożą go wszędzie ze sobą. Ale jednak nie, chmurzyło się, ale ostatecznie nawet kropelka nie spadła :-)
Ogólnie coś było nie tak z moim programem, Zako mieli wystąpić o 21.35 a wystąpili jako drudzy ok. 20.45, w ogóle wszystko było nie w tej kolejności i trochę się pogubiłam. Chłopcy wystąpili w ramach imprezy "Polska przewodzi, Szczecin gra" i jeśli pozwolicie nie skupię się tylko na występie Zakopowera, ale po krótce opiszę całą imprezę.
Zaczęło się od Carpe Diem, Szymon Wydra miał chyba najtrudniejsze zadanie, bo ludzie dopiero się zaczęli zbierać i do końca się nie rozkręcili i tak nieśmiało coś tam podśpiewywali "do nieba nie chodzę lalala". Carpe Diem trochę rozgrzali publiczność, zaśpiewali same radiowe przeboje i ich występ uznałam za udany.
Następni w kolejce byli jak się okazało Zako, choć ich występ poprzedziła pani w polarowym dresie opowiadająca fascynująco o żaglowcach :-) Z tyłu widziałam już chłopców przygotowujących się do koncertu i byłam w szoku, myślałam sobie "Ojejku, jak to, to już, teraz, zaraz?", ale nie miałam zbyt dużo czasu na takie dylematy, bo zaczęły się dźwięki "Zbuntowanego anioła" i te wizualizacje na ekranie zmieniające się w rytm muzyki - to robi naprawdę wrażenie. "Nie wołaaaaj, przestań wreszcie krzyczeć" śpiewałam z zespołem a ludzie odwracali się i patrzyli na mnie zdumieni, że znam tekst (poważnie!), przez chwilę poczułam się jak "inna" :-) Sebastian stał przyklejony do mikrofonu przez dłuższy czas i nagle się odkleił i z wielkim powerem wystartował na środek sceny i zaczął jakieś szaleńcze tańce, skoki, podskoki, wywijasy i strasznie mnie tymi akrobacjami rozśmieszył, a moja koleżanka odwróciła się do mnie i mówi z przerażeniem: "O rany, ten człowiek ma jakieś ADHD", więc zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej.
Piosenka skończona, Sebastian mówi coś do mikrofonu bla bla bla i tutaj muszę się wam przyznać, że ja czasem mam problem ze zrozumieniem tego co on mówi :-) Ale to i tak jeszcze nic, moja koleżanka nie rozumie co on śpiewa (np. w Udomowionych ona nie słyszy "I kochaj i kochaj zbudujesz dom" tylko "Mikołaj Mikołaj zbudujesz dom" i wiele wiele innych takich przekręceń, ale nawet jak jej mówię jak to brzmi naprawdę to ona i tak słyszy swoje wersje :-) ).
Następna piosenka to "Tak że tak", zrobiło się trochę mocniej i bardziej rockowo, ludzie zaczęli nawet trochę główkami poruszać. Wykonanie w porządku, ale nie porwało.
Kolejny utwór za nami, Sebastian łapie za skrzypce i zaczynają się pierwsze dźwięki mojego ukochanego "Nie bo nie", no i tutaj muszę się też przyznać wam do czegoś - stałam zahipnotyzowana i miałam ciary. Oczywiście też śpiewałam i znowu spojrzenia ludzi. To był mój ulubiony moment w występie i te zdjęcia na ekranie, całość świetnie współgrała, super się patrzyło i słuchało. Efekt megafonu w piosence osiągnięty poprzez użycie megafonu :-) A reakcja ludzi "woooow" haha.
Koniec utworu i Sebastian mówi "Boso" a ja słyszę "Poszło", myślę sobie no poszło poszło świetnie im poszło z tym "Nie bo nie" ale słyszę piski ludzi, moja koleżanka się odwraca i mówi "Boso" a ja "Aaaaaaa" :-)
A "Boso" mnie rozczarowało... jak dla mnie brak mocy, brakowało mi tego taramtamtam i z powerem "I dopiero gdy...", było po prostu spokojniejsze i przyzwoite, ale też wg. mnie mdłe i nijakie. Ale ludziom się podobało, bo się rozruszali i juz nie tylko ja zdzierałam gardło "pójdę bosooooo" :-)
I koniec - tylko 4 piosenki i niedosyt, ale co tam, trzeba się cieszyć z tego co jest. "Zbuntowany anioł" i "Nie bo nie" będę pamiętać jeszcze długo.
Po Zako wystąpił zespół Blenders, ale nie chce w sumie komentować tego występu (bo bulgotanie do mikrofonu i kopanie butelką wody w publiczność to raczej nie jest super zabawa, której warto poświęcać więcej uwagi). 
Muszę za to napisać wam o kolejnym występie - Marcina Wyrostka. Magia! On cały i zespół cały, zaczarowali po prostu, nic dziwnego, że mówią o nim magik. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję to polecam jego występy - do tego są tacy pozytywni, świetnie się dogadują, a co najważniejsze wielką radość sprawia im granie muzyki i to naprawdę widać i czuć (ciary).
Kolejni - Bracia. Tez mi się podobało, szczególnie głos Piotrka Cugowskiego i to co on z nim robi, bardzo podobała mi się też przypadkowa choreografia podczas ballad - czyli wiatr rozwiewający romantycznie Piotrka włosy :-) Odebrałam ich pozytywnie, może muzyka nie do końca trafiająca w mój gust, ale było naprawdę przyjemnie.
I na końcu Ray Wilson tak pięknie mówiący "Dziękuję bardzo" i "Życzę dobrej nocy" i trochę innych po polsku, dobrze mu szło, rozumiałam bardziej niż Sebastiana, ale cichoooo ;-) Ray przeniósł nas trochę w inny wymiar, lekki rock, piosenki w języku angielskim, bardziej i mniej rockowe brzmienia i 2 skrzypaczki dodające muzyce klasyczny dźwięk. Pozytywnie.
Po północy jeszcze chyba Sebastian występował bez zespołu, przynajmniej go zapowiadali i była transmisja w TVP2 może ktoś oglądał, ja niestety zostałam juz pogoniona do domu przez ziewającą KoleżankęBoląMnieNogi i znudzoną KoleżankęBoliMnieKręgosłup.
I to by było na tyle. W między czasie były pokazy Mapping 3D, ale o tym pisać nie będę, to trzeba po prostu zobaczyć, bo w słowach się nie da... niesamowite :-)